Maciej Lasyk zdjęcie profilowe Maciej Lasyk

Fastpacking UTMB 1/6

Fastpacking UTMB 1/6

Tym razem seria postów o tym, jak razem z Agą oblecieliśmy Mount Blanc naokoło w 4 dni, trasą znanych i epickich zawodów UTMB w stylu fastpackingowym. Planowo około 174 km i 10 km w pionie (w górę i tyle samo w dół). Klasycznie, z plecakiem tę trasę się robi w 10 dni (ambitnie) lub dłużej.

💡
Fastpacking to połączenie ultralekkiego backpackingu (wędrówki z plecakiem) i biegania w terenie (trail running), polegające na szybkim przemierzaniu długich tras górskich z minimalnym, zoptymalizowanym sprzętem, umożliwiającym nocowanie w terenie lub w prostych schronieniach, co pozwala na pokonywanie dystansów niedostępnych dla jednodniowych wycieczek. Celem jest mobilność, efektywność i przygoda, łącząca dynamikę biegu z samowystarczalnością i możliwością spania na szlaku. 

Mamy z Agą już dość bogatą historię w tej dziedzinie (lecieliśmy i Maderę i Majorkę i co tam jeszcze w ten sposób). Tym razem pomysł jednak był bardziej ambitny (nie, żeby te dwie wspomniane wyspy były proste do zrobienia na lekko i z buta, co to, to nie!).

Aga od kilku lat próbuje się dostać na UTMB (z losowania, bo punkty to oczywiście już dawno ma) a ja na CCC (albo coś krótszego). Niestety - ciągle nam się nie udaje! No i w końcu powiedzieliśmy: "dość!". Ile można czekać? Skoro nie chcą nas wylosować, to przecież nikt nie broni polecieć tej trasy razem, poza zawodami! Tak trzeba żyć, mówię wam!

Chamonix Mont Blanc!

Zaczęło się od tego, że na jakiś miesiąc przed UTMB (zawody mają miejsce z końcem sierpnia), Aga nie wytrzymała i powiedziała, że "ej, a może lećmy tam na ostatni dzień, gdy się zawody kończą w Chamonix i polećmy ich trasą - jeszcze chorągiewki będą wisieć no i zobaczymy, jak ludzie na metę wbiegają!". No na tak postawioną sprawę to ja już w głowie kminię tylko, które buty założyć i jaki aparat zabrać 😄

Planowanie również było po stronie Agi. Ja tylko wybierałem obiektyw (bo przecież nie pojedziemy na taką wyrypę bez aparatu, nie ma mowy!) i plecaki (choć to będzie bankowo dyskusyjne). No i potem komplikowałem sprawy w trakcie, ale to już dowiecie się z dalszej części tej historii.

Plan tej opowieści jest prosty - każda część (post na blogu) to oddzielny dzień. Będzie to relacja, z elementami edukacyjnymi w kontekście latania takich cudów.

Pomysł i przygotowania

Ostatnie rozkminy przed wyjazdem (fotka z pociągu, którym wracaliśmy z biegania)

Planowanie tej wyrypy to była przygoda sama w sobie! No bo tak:

  1. trasa, którą polecimy to najmniejszy pikuś! Szlak TMB (Trail Mont Blanc) jest znany i opisany wszędzie.
  2. noclegi to jest problem - no bo gdzie dokładnie każdego dnia damy rady dotrzeć? I czy bankowo się uda (burze mogą nas ściągnąć z przełęczy na złą stronę - i co wtedy?)
  3. jedzenie - o ile noclegi mają śniadania, o tyle gorzej z obiadem (schroniska?), ale też trzeba żelki do biegania (na 4 dni!) i kolacje jakąś; a co, jak wbijemy na nocleg późną nocą i nie będzie już gdzie czegokolwiek zjeść?
  4. a w ogóle to jak się dostać do Chamonix tak, aby wystartować z kopyta (od razu) i jakoś mądrze zakończyć i od razu wracać do Krk?
  5. i jakie rzeczy ze sobą zabrać? No to będzie bieganie, więc ilość bardzo limitowana! Jakie plecaki, żeby nie ważyły tony, mieściły wszystko, ale były małe i dało rady w tym biegać?
  6. (moje pytanie): JAKI APARAT I KTÓRY OBIEKTYW I JAK Z TYM BIEGAĆ????
  7. Wypadałoby też kondycję zrobić, co nie? 😄

Tyle pytań! Aga ich miała miliard więcej i kminiła ciągle i ciągle. Całe szczęście ona potrafi porozumiewać się biegle w kilku językach, to było trochę łatwiej. O tym zaraz. Głównym wyzwaniem był fakt, że mieliśmy tylko miesiąc na przygotowanie tego wszystkiego!

Trasa

Sprawa najprostsza. Lecimy trasą UTMB, która jest znana:

Startujemy w Chamonix i lecimy dalej przeciwnie do ruchu wskazówek zegara - dokładnie tak, jak trasa zawodów. Plan jest taki, aby to ukończyć z czasem netto poniżej limitu zawodów. Oczywiście my mamy noclegi, ale też nie mamy żadnego supportu - mamy ze sobą tylko tyle, ile wpakujemy do plecaków! No i mamy Macieja, który robi zdjęcia i marudzi i lubi jeść 😊

Noclegi

Aga ma jeden serwis społecznościowy, na którym spędza czas. To nie jest taka strikte społecznościówka, bo mam na myśli booking.com 😃 No ma to obcykane jak ja Instagrama 😀

Z tego, co pamiętam, to od tego zaczynała planowanie, szukając na trasie biegu miejscówek, gdzie dawali też jakieś śniadanie lub ew. kolację. Tzn. wyżywienie nie było warunkiem koniecznym, ale też zależało od konkretnego miejsca i planów na dany dzień. Chodziło o to, że jeśli np. mieliśmy w planie wyjście o 7 rano i od razu wbijanie do góry, no to trzeba coś zjeść wcześniej, co nie? Więc jeśli jest jakiś sklep albo piekarnia, co to są już czynne od 6 rano, to spoko. A jeśli nie ma, to może choć śniadanie w hotelu, czy coś? Sporo kombinacji.

Jadalnia w miejscu pierwszego noclegu w Les Contamines-Montjoie

Komplikacja polega na tym, że trasa UTMB leci przez 3 kraje (Francja, Włochy, Szwajcaria). Wychodzi na to, że praktycznie każda noc jest w innym kraju i w innym języku! Dodatkowa komplikacja jest taka, że wszystkie popularne schroniska (opisane tu, tu i tu) są najczęściej już dawno prawie w pełni zarezerwowane praktycznie na 8-10 miesięcy do przodu! A my wpadliśmy na ten pomysł na 4 tygodnie przed! Okazało się, że na bookingu nie ma absolutnie niczego - wszystko zajęte poza kilkoma miejscówkami w stylu 10k pln za nocleg 😅

Rozwiązanie było prozaiczne, ale równocześnie bardzo sprytne - Aga po prostu zdecydowała, że będziemy nocować w miastach (na dole) i zaczęła dzwonić i pisać (w oryginalnych językach oczywiście, bo Francuzi czy Włosi, czy broń Boże Szwajcarzy, niespecjalnie lubią porozumiewać się po angielsku) w miejsca, które znalazła na Google Mapsach. I wiecie co? Udało się! W taki sposób mieliśmy zarezerwowane i opłacone kolejne noclegi:

  1. Les Contamines-Montjoie (Francja)
  2. Courmayeur (Włochy)
  3. Champex-Lac (Szwajcaria)
  4. Argentière (Francja)

Plecaki

Każdy fotograf, wspinacz czy górołaz wam powie, że prawidłowa liczba plecaków to n+1 (zupełnie jak z rowerami!). W sensie - no mamy ich wiele i zawsze o jeden za mało!

W naszym przypadku jest podobnie i razem z Agą byliśmy zgodni co to tego, że żaden z naszych obecnych plecaków nie nadaje się na tę wyrypę! Albo są za duże i ciężkie, albo za małe.

Aga z plecakiem dobranym do wyjazdu, w trakcie powrotu z ostatniej, testowej wyrypki

Z pomocą przyszedł nam Ian Corless (mój guru fotograficzny w kwestii zdjęć z biegów górskich). Napisał ŚWIETNY artykuł na temat sprzętu do fastpackingu (nie jeden) i nawet oddzielny na temat samych plecaków! O tu: https://iancorless.org/2024/08/14/what-pack-for-stage-racing-multi-day-or-fastpacking/

Nie będę streszczał tego artykułu - sami go sobie przeczytajcie. Zresztą - tam nie ma w treści informacji, który plecak będzie najlepszy dla was. Zamiast tego są świetne pro-tipy, które ułatwiają dobór z podanej listy (a ta jest bogata) tak, aby wybrać ten, który najlepiej nam pasuje. Zresztą - obczajcie sobie ten akapit - sam bym na to nie wpadł!

If doing an adventure that is self-sufficient (such as MDS,) remember that as days pass, pack contents will become less due to eating food. So, the option to tighten, compress and make the pack smaller is a potential key consideration to stop or reduce bounce.

Z listy podanej na tej stronie najbardziej nam pasował Ultimate Direction Fastpack 20, ponieważ:

  1. jest leciutki (600g)
  2. można pakować butelki (bidony) z wodą do przodu, ale też trzeci z boku
  3. można go rozpiąć po całości
  4. można go zwijać
  5. ma patenty na kijki
  6. ma mały pas biodrowy i 2 pasy piersiowe! (to bardzo ważne, bo dzięki temu nic się nie majta)
  7. ma tylną kieszeń zewnętrzną, która jest wielka i elastyczna; to jest game-changer, bo tam wrzucaliśmy po prostu wszystko, co chcieliśmy mieć pod ręką, a niekoniecznie chcieliśmy się zatrzymywać, aby otwierać plecak (kurtka, spodnie przeciwdeszczowe, peleryna przeciwdeszczowa)
  8. ma masę różnych patencików i kieszonek - sporo by mówić, bardzo przydatne

Tu video:

Z minusów, to zobaczycie na późniejszych fotkach, że podkładaliśmy sobie pod ramiona tego plecaka chustki / bufki. Bez nich on nas obcierał w ramiona właśnie. To jest kwestia wagi, ale też fakt, że jak się leci w cienkich koszulkach (lato), to jednak te wycieniowane ramiona plecaka nie robią roboty (nie ma tam niczego, co by je amortyzowało). Nihil novi - przerabialiśmy to już wielokrotnie z innymi plecakami na zawodach biegowych - szczególnie w upale.

Drugim minusem była cena - 160 dolarów za sztukę (!!!). To jest kwestia bardzo dyskusyjna, no ale tanio to nie jest. Owszem, plecak będzie służył lata itd, ale ciągle, to jest 600 pln za jeden, czyli 1200 za dwa plecaki, których użyjemy raz, dwa razy do roku. Dodatkowo trzeba było je ściągać z US - a to dodatkowy koszt i oczywiście przesyłka leci do nas tygodniami, a my nie mieliśmy tyle czasu.

Przeszukaliśmy więc internet i... w niemieckim sklepie https://www.sport-conrad.com/ znaleźliśmy ostatnie sztuki w MEGA promkach:

No te ceny były już dużo bardziej znośne, no i DHL nam je przysłał w 2 dni - pięknie! Mieliśmy czas na testowanie i ew. zwroty.

Aparat i bieganie z nim

Przyznam szczerze, że bardzo ciężko mi było się zdecydować, jak podejść do tematu. Jako że na temat fotografii i sprzętu mógłbym pisać godzinami, to jednak skompresuję to wszystko do konkretów.

zdjęcie na szerokim kącie - ten obiektyw w rzeczywistoci jest malutki!

Przeglądnąłem tonę artykułów (tak naprawdę to może ze dwa, bo więcej nie znalazłem!) na temat "ultra running with camera" czy też "fastpacking with camera". Zasadniczo nie znalazłem nic ciekawego poza "najlepiej zabrać telefon". Z pomocą przyszedł jednak... Ian Corless (ponownie!), a dokładniej to jego kanał na YT (nie znałem wcześniej). Wpadłem tam na pomysł, jak Ian montuje sobie aparat:

Z tego nagrania wywnioskowałem tyle, że przydałby się jakiś patent na montaż torby z przodu, oraz jakaś torba, która zmieści mój aparat. Dodatowo - musiałem tak dobrać obiektyw, aby się mieścił do tej torby. A to też implikowało, jakie filtry będą możliwe do zabrania. Chwilę mi jeszcze zajęło wymyślenie, jaka ogniskowa w obiektywie - wybrałem 40 mm (lub te okolice), bo to mniej więcej tyle, co widzi ludzkie oko. Resztę można wycropować w Lightroomie po (o tym w kolejnych wpisach).

W skrócie:

  1. chciałem, aby aparat razem z obiektywem i torbą ważyły max 1 kg (to BARDZO trudne zadanie)
  2. torba musiała dać się zamontować w jakiś sprytny sposób do plecaka z przodu; jednak tak, aby dało się z tym biegać (nie majtała się) oraz aby się to dało łatwo ściągnąć i założyć; musiała też być wodoodporna oraz wyjmowanie aparatu musiało zajmować pół sekundy (poważnie)
  3. torba, o której mówi Ian na powyższym filmie od lat nie jest do kupienia

Chwilę się głowiłem jak do tego podejść. Mam na stanie Lumixa LX100 - to taki mały, lekki, kompaktowy klasyk, co nawet ma zooma i dość jasny obiektyw itd. Robi dobre zdjęcia, jednak jego minusem (jak i większości kompaktów) jest fakt, że ma pochowane sporo opcji gdzieś w menu. Ja potrzebuję pokręteł i przycisków - tak jak mam w bezlusterkach Nikona - bo dzięki nim włączasz aparat i od razu ustawiasz parametry zdjęcia (bez żadnego klikania po menu). No i dodatkowo po naciśnięciu "ON" na Lumiksie, zanim można cykać zdjęcie to mijają ze 3-4 sekundy! To poważnie bardzo dużo, bo sporo fotek robimy z palca, o tak.

Potem moje myśli wędrowały w okolicach Ricoha GR III, ale musiałbym na niego wydać koło 5k pln, może nawet 6k (razem z dodatkami). Przyznam, że już prawie go kupiłem (z bardzo ciężkim sercem), bo wagowo mi odpowiadał, ma wszystkie potrzebne pokrętła i przyciski tam, gdzie powinny być, czas od "o jaki widok, robię zdjęcie!" do "cyk" to 0.5s (włącza się natychmiast, na nic nie trzeba czekać). I nawet ma super adapter na filtry magnetyczne:

Jednak przespałem się z tą myślą (no to jednak jest 6k!) i doszedłem do wniosku, że poszukam jeszcze "naleśnika" (płaski obiektyw) do moich Nikonów. I znalazłem! Nikkor 40mm f/2 - do tego adapter wraz z zestawem filtrów:

Do tego wydawało mi się, że znalazłem też torbę, która to wszystko pomieści:

Lowepro Adventura SH 115 III

I całość wyszła w okolicach 1.2k pln (body już miałem).

Gdy tylko rozpakowałem to wszystko, to zamontowałem obiektyw na moim body Nikona Z6II i wsadziłem do torby - mieściło się! Co prawda ze zdjętymi filtrami (wsadziłem je do bocznej kieszonki tej torby, więc ideolo). Przyfarciło też z montażem do plecaka - ta torba z tyłu posiada wielką, pionową taśmę do mocowania do czegoś, więc ja po prostu przeciągałem przez nią pasy piersiowe:

To jest MEGA rozwiązanie, bo mogę tę torbę zdjąć w dowolnym momencie w bardzo łatwy sposób. Jest otwierana od góry jednym zamkiem (jedną ręką!), więc zasadniczo mogłem focić właśnie tylko jedną ręką (co wielokrotnie robiłem). Dodam od razu, że ten zestaw się trochę majtał przy szybkich zbiegach, ale bardzo szybko znalazłem na to metodę. Przeciągałem przez ten pas w torbie pas biodrowy z plecaka (on był poniżej torby) i go naciągałem, co likwidowało wszelkie luzy. Nie było to wybitnie wygodne dla mnie, ale to tylko na zbiegi, po których pas biodrowy mocowałem już z powrotem normalnie (jednym klikiem). Bardzo wygodne!

A czy tym zestawem można zrobić ładne fotki? Sami oceńcie:

Masywny lodowiec Grandes Jorasses wraz z zasłoniętymi szczytami o tej samej nazwie. Widok z "tarasu" szlakowego na Strada del Villair w okolicy ruin giue Desot

Ekwipunek

Tu jest hit. Oczywiście zabraliśmy ze sobą wszystko, co potrzebne (o tym będę pisał jeszcze w kolejnych wpisach). Problemem były jednak żelki:

BARDZO DUŻO ŻELKÓW!

No może nie planowaliśmy zabierania wszystkich (to akurat zamówienie na cały sezon), ale i tak wagowo i objętościowo wychodziło nam ich zdecydowanie za dużo! Dodatkowo tak podstawowe rzeczy, jak skarpetki czy gacie na przebranie (pranie nie zawsze wchodzi w grę, czy kwestia suszenia w trakcie deszczu). A jak tak policzyć to wszystko razy liczbę dni, to nie mieściło się w plecakach!

Rozważaliśmy, czy może jakoś tak pokombinować, że jednego dnia pierzemy, jednego niekoniecznie, no ale ciężko nam było to poukładać w głowie w ten sposób.

Aga znalazła jednak rozwiązanie! Patrzcie to:

Spakowaliśmy paczkę na każdy dzień zawierającą ubrania na przebranie (podstawowe) plus żelki i izo plus jakieś dodatki. I wysłaliśmy te paczki do każdego miejsca, gdzie mieliśmy zarezerwowany nocleg! Najgorzej było wysłać do Szwajcarii, bo to poza EU, więc trzeba wypełniać papiery eksportowe, lol.

Dodatkowo "paczka startowa" poleciała do Chamonix - zawierała kijki (żebyśmy nie musieli w samolocie brać bagażu nadawanego - kijków nie wolno zabierać na pokład). Aga to świetnie wymyśliła, bo okazało się, że w Chamonix jest paczkomat - tuż przy dworcu kolejowym, gdzie mieliśmy wysiąść z transferu z Genewy. Idealnie - wychodzimy z autobusu, idziemy po paczkę i voilà!

Wylot i transport

Tutaj zasadniczo bez komplikacji. Lecieliśmy Lufthansą z Krakowa z przesiadką we Frankfurcie. Nie było innej opcji, aby dostać się do Genewy (obecnie już coś lata bezpośrednio z Krk i to nawet w znośnych cenach w okolicach 300 pln!) Naszym głównym ograniczeniem był fakt, że chcieliśmy przybyć do Chamonix idealnie na końcówkę UTMB, no i wracać do Krk od razu po przybiegnięciu z powrotem do Chamonix kilka dni później. W takich sytuacjach trzeba mieć farta, aby oblecieć tańszą linią, bo te latają najczęściej raz, czasem dwa w tygodniu na tak mało popularnych trasach.

Krakowskie Balice, 6:05 rano

Dodatkowo w ostatniej chwili przed wylotem (dzień przed) Aga dostała informację, że paczka nie może być dostarczona do paczkomatu w Chamonix, bo jest on cały pełny. A najbliższy, wolny paczkomat znajduje się... 60 km na zachód! CHOLERA JASNA! Rzecz w tym, że mieliśmy już ogarnięty transport z Genewy bezpośrednio do Chamonix (autobusem), a tu się nagle okazuje, że musimy najpierw jechać z lotniska 20 km na jakieś zadupie (już we Francji), i dopiero stamtąd kombinować jazdę do Chamonix. No kłopoty.

Frankfurt

Tak na bardzo szybko Aga zorganizowała nam jeszcze na papierze pociąg z Genewy w okolice paczkomatu, tam taksówka do paczkomatu i z powrotem na dworzec i stamtąd kolejny pociąg do Chamonix. To jednak rodziło spory problem - czas. Pierwszego dnia, po dotarciu do Chamonix mieliśmy planowo zrobić jakieś 30-35km i około 1500 m w pionie. To niemało, szczególnie na pierwszy dzień (zero aklimatyzacji). Mi bardzo zależało, aby tego pierwszego wieczora zjeść normalną kolację, bo drugi dzień miał być najdłuższy, najtrudniejszy oraz prognozy wskazywały, że też deszczowo - burzowy!

Kołowanie we Frankfurcie; Swiss prosto do Genewy!

Mieliśmy więc dwie opcje do rozważenia i dokładnie o tym rozmawialiśmy w drodze na lotnisko, a potem w samolocie do Frankfurtu. Albo realizujemy tą opcję z odbiorem paczki, pociągami i taksówką, albo może, walić te kijki (najwyżej wrócą do nas za kilka tygodni) i kupimy sobie jakieś zapasowe w Chamonix. Kołując samolotem we Frankfurcie, Aga dzwoniła do Chamonix po sklepach, aby się dowiedzieć, czy mają jakieś kije biegowe, lub choć takie teleskopowe, ale nie gigantyczne, ciężkie itd. Nie było nic nigdzie - to był tydzień UTMB (dziesiątki tysięcy ludzi w Chamonix!) i dosłownie WSZYSTKO wykupione. No ja pierdolę.

Genewskie katakumby kolejowe. Przystanek znany chyba każdemu, kto startuje zawody takie jak Trail Verbier, WildStrubel czy nawet Sierre Zinal!

Z wyliczeń wychodziło mi, że jeśli wybierzemy opcję "pociąg - taryfa - paczka - taryfa - pociąg", to po pierwsze, nie będziemy mieć zupełnie czasu na oglądanie mety UTMB, po drugie, wystartujemy z Chamonix w okolicach 16:30. Trasa miała nam zająć jakieś 6-7h, więc na miejscu bylibyśmy w najlepszym przypadku przed północą. Zapomnij o jedzeniu oraz wypoczęciu i łapaniu aklimatyzacji.

Dworzec kolejowy, na którym nie powinniśmy być. Stąd taryfa do paczkomatu

No ale nie było planu B na tym etapie - zakup kijków nie wchodził już w grę. W Genewie wsiedliśmy więc w pociąg do Francji, a tam w Ubera do miejsca, gdzie mieliśmy odebrać paczkę (to była chyba jakaś knajpa albo kwiaciarnia). Całe szczęście Aga bardzo dobrze umie francuski, bo musieliśmy się dogadać z kierowcą, aby nie kończył kursu, bo zaraz chcemy wracać na dworzec.

Jednak gdy tylko Aga wysiadła z auta, a kierowca poszedł na szluga, ja ciągle siedziałem z tyłu i zastanawiałem się, co dalej. Czasowo mi się to bardzo nie spinało. Włączyłem z głupa Google Mapsy, aby zobaczyć, czy może są jakieś inne opcje, i sprawdziłem, jak daleko mamy do Chamonix:

Ale jaja - przecież my jesteśmy praktycznie obok! Tzn. wystarczy się śmignąć autostradą i już, kurna! Gdy tylko Aga wróciła do auta, to jej o tym powiedziałem, i zagadała do kierowcy.

150 EUR i 45 min później byliśmy w Chamonix (bez paragonu). Bolało. Ale była godzina 13:15 - idealnie!

Gdy wyjdziecie z pociągu i wyjdziecie z budynku dworca, po obróceniu się za siebie ujrzycie to!

Naprzeciwko dworca Aga miała upatrzone skrytki na bagaż (wcześniej je rezerwowała online). Podróżowaliśmy celowo tylko z bagażem kabinowym, aby właśnie nie musieć się bawić w ciężkie walizy, plus, aby nasze rzeczy nie wylądowały w Amsterdamie, zamiast w Genewie no i aby się zmieściły do tych skrytek. Jak sami widzicie - nie ma dobrych decyzji - są tylko złe paczkomaty 😛

Naszym bagażem kabinowym standardowo są duffel bagi North Face - idealnie się do nich pakuje, są lekkie, spełniają kryteria kabinówek i mieszczą się idealnie w skrytce na bagaże:

A te skrytki na bagaże to macie tutaj.

Na koniec jeszcze szybki przepak na oknie dworca:

Tu miała też miejsce śmieszna historia. Na tym parapecie leżało jabłko - takie zwykłe, twarde i wyglądało na bardzo pyszne. Zdaje się ktoś sobie o nim zapomniał, albo może zostawił dla innych na powrocie - ciężko powiedzieć. Zabrałem je ze sobą. Zapamiętajcie to, bo ono przeżyło z nami kawał historii i będzie o nim w kolejnych częściach! Widać je tutaj:

Meta UTMB

Zanim wyruszyliśmy na trasę, to poszliśmy zobaczyć metę UTMB. Z dworca to tylko 500 m. Był klimacik! Zresztą sami zobaczcie:

I ta jedna, która zrobiła na mnie MEGA wrażenie! (tak, moje fotki też czasem na mnie robią wrażenie, gdy je potem oglądam):

Tak wygląda szczęście człowieka, który przeleciał 170km naokoło Mont Blanc w ciągu 45h, podbiegając 10km do góry i tyle samo zbiegając. Bez spania!

Nie mieliśmy zbyt wiele czasu niestety - od wyjścia z taksówki do tego miejsca (gdy kończyliśmy oglądać metę) minęło 55 min. Wskoczyliśmy jeszcze szybko do piekarni po jakieś szybkie paliwo i musieliśmy już się zbierać do naszego startu.

Off we go!

"Piękni, młodzi (hehe), niewyspani" - jak zawsze! Czyli MY na gigancie :D

Co tu dużo mówić - to był początek przepięknej przygody, o której opowiem wam w kolejnych częściach! Jeśli nie chcesz tego przegapić - poniżej info, jak się zapisać do newslettera.

Czuwaj!

PS: Aga w trakcie korekty oczywiście twierdzi, że ten plecak UD to ona wymyśliła. Ja się nie zgadzam. Pat.

PS2: druga część wpisu już jest - link poniżej:

Fastpacking UTMB 2/6: Zdążyć przed północą
Lata rozmyślań, marzeń i kombinacji i w końcu tu jesteśmy - w samym sercu UTMB! Przed nami przepiękna przygoda, spełnienie naszych marzeń! Na twarzach uśmiechy od ucha do ucha - ale to będzie piękny czas! ”- w mordę, ale upał, i jeszcze ten zasrany asfalt” - tyle mniej więcej zapamiętałem
Maciej Lasyk zdjęcie profilowe Maciej Lasyk
"Flat is boring" to moje motto, choć nie przeszkadza mi to klepać asfaltów od czasu do czasu. Lubię fotografować, podjeźdać (i zjeżdżać), podbiegać (ale bardziej zbiegać!) i pływać po ładnych jeziorach. Uwielbiam marszobiegi w ładnych górach <3