Maciej Lasyk zdjęcie profilowe Maciej Lasyk

Fastpacking UTMB 2/6: Zdążyć przed północą

Fastpacking UTMB 2/6: Zdążyć przed północą

Lata rozmyślań, marzeń i kombinacji i w końcu tu jesteśmy - w samym sercu UTMB! Przed nami przepiękna przygoda, spełnienie naszych marzeń! Na twarzach uśmiechy od ucha do ucha - ale to będzie piękny czas!

"- w mordę, ale upał, i jeszcze ten zasrany asfalt" - tyle mniej więcej zapamiętałem z pierwszych kilometrów 😄

💡
W tym poście opisuję pierwszy dzień naszej wyrypy naokoło Mont Blanc. Jeśli jesteś osobą, która znalazła się tutaj przypadkiem, to wstęp do tej serii postów znajduje się pod linkiem umieszczonym poniżej - polecam przeczytać tamten wpis najpierw, żeby zrozumieć, o co w tym wszystkim chodzi:
Fastpacking UTMB 1/6
Tym razem seria postów o tym, jak razem z Agą oblecieliśmy Mount Blanc naokoło w 4 dni, trasą znanych i epickich zawodów UTMB w stylu fastpackingowym. Planowo około 174 km i 10 km w pionie (w górę i tyle samo w dół). Klasycznie, z plecakiem tę trasę się robi w

Początek

Nie żartuję z tym "zasranym asfaltem" - początek wygląda tak:

UTMB zazwyczaj startuje między 17-tą a 18-tą, my startowaliśmy o 14:10. To raczej niewielka różnica w kontekście temperatury w tak upalny dzień (w słońcu około 32 stopnie) te 3 h nie robią różnicy. Pierwsze kilometry po prostu szliśmy, bo jednak na początek, świeżo po transporcie i jeszcze na takiej patelni, to po prostu nie było sensu robić czegokolwiek innego.

Aga w międzyczasie szybko obliczyła, że "to UTMB to można całe przejść i w ogóle nie trzeba biec, aby się zmieścić w limicie". To dość śmiało postawiona teza i podejrzewam, że ona ją udowodni, gdy tylko w końcu zostanie wylosowana. Nie, żeby nie lubiła biegać, ale mam wrażenie, że największą satysfakcję sprawia jej "niszczonko ludzi na podejściach", gdy ona odpala ten swój power-walk, co ja go nienawidzę, bo jest za szybki na moje podchodzenie, ale za wolny na moje podbieganie - nie ma między nami synchronizacji i same problemy z tego wynikają (CZEMU IDZIESZ PRZEDE MNĄ).

Po dwóch pierwszych kilometrach w końcu zeszliśmy z asfaltu i weszliśmy na leśną, szutrową ścieżkę. Zrobiło się ładnie:

Tak dolecieliśmy do czwartego kilometra, gdzie przekroczyliśmy Rubikon o nazwie "rzeka L'Arve":

(ej, ale skumaliście "przekroczyliśmy Rubikon"? Jak nie, to nie oceniam, ale warto rozumieć)

.. na którym to miała miejsce turystyka wodna:

Warto dodać, że ten pierwszy odcinek UTMB, zanim się zaczną jakiekolwiek podbiegi, leci zazwyczaj inaczej. Jednak w tym roku 2025, w związku z jakimiś obsuwami ziemi, trasa leciała naokoło. Poniżej widać, jak to wyglądało - początek prawy-górny róg, koniec lewy-dolny. Równocześnie ten "detour" oznaczał wyjście z przyjemnego lasu i ponowne ugniatanie butami masy bitumicznej:

Plusem tego miejsca był jednak genialny widok! Na zdjęciu wyglądam jak przecinek - cuda szerokiego kąta w telefonie!

W plątaninie uliczek i domów łatwo było się pogubić, na szczęście znaki UTMB były jeszcze całkiem świeże:

I ten też (zwróćcie uwagę na strzałki poniżej, tuż przede mną, na ziemi):

Ta tabliczka dodaje smaczku - oczywiście latem to raczej nie ma się czego bać:

A rozwiązaniem zagadki był wielki plac budowy:

Od góry to wygląda tak jak poniżej i po prostu jest to wielka tama / zbiornik, który zatrzymuje wodę i kamienie wylatujące z gigantycznego żlebu, mającego początek w lodowcach Taconnaz i Bossons:

Cały ten detour jest taki trochę nudnawy - ani widoków (za blisko góry) ani w sumie pobiegać, bo teren stromo w górę albo stromo w dół.

I tu dochodzimy do dwóch wątków, które miały miejsce po drodze. Okazuje się, że turystyka konna jest popularna w tej okolicy. Tak się nam trafiło, że akurat przeleciała obok nas pani na koniu. Zwierzę zdecydowało się iść naszym tempem - tuż przed nami. No i oczywiście wyrzuciło z siebie to, czego wyrzucanie mogło sobie darować. Powiedziałem po polsku, że "chyba zapomniała pani posprzątać po swoim piesku", ale ona się tylko uśmiechnęła, popędziła kobyłkę i poleciała dalej. Zaraza.

Druga sprawa to zbieg (pierwszy!) do miejscowości Les Houches. Wygląda on tak:

No i tu mieliśmy rozkminę, że to dopiero ósmy kilometr trasy, ale statystycznie, ktoś na tym bankowo skręcił kostkę (albo choć podkręcił) podczas UTMB. No bo wiecie - początek takich zawodów to jest zawsze festiwal spierdolenia napinkowców, więc lecą na zapalenie płuc. Szkoda mi się zrobiło - tak szczerze - każdej osoby, która miała tutaj takiego niefarta. Lata przygotowań itd, a tu takie coś!

Początek TMB!

Les Houches - oficjalny start Trail Mont Blanc

Na Stravie nasze aktywności opisywałem enigmatycznym (U)TMB. Rzecz w tym, że trasa UTMB leci naokoło Blanca, jednak nie pokrywa się idealnie z TMB (Trail Mont Blanc), czyli tym najbardziej klasycznym wariantem pętli. W kilku miejscach pomija elementy trudniejsze techniczne, żeby nie było przypału - statystyka jest bezwzględna i na tak masowej imprezie bankowo miałoby miejsce jakieś fatality. Są inne warianty zawodów w okolicy (SwissPeaks, PTL, GTC, Tor des Géants czy przepiękne Eiger Ultra Trail) dla osób, które lubią ten dreszczyk emocji związany z trudnościami technicznymi. Czy to oznacza, że UTMB nie posiada trudności? No dowiecie się, cierpliwości!

To, co chciałem jednak wspomnieć na tym etapie, to fakt, że my robiliśmy nasze warianty - gdzieś pomiędzy UTMB a TMB. Czasem po prostu nie chcieliśmy odpuścić jakiegoś ciekawego elementu, który zawarty był w jednym wariancie, a czasem w drugim. Innym razem nie mieliśmy wyjścia (np. w związku z pogodą) i wybieraliśmy łatwiejszą opcję.

Jeszcze widok poglądowy na tę bramkę z szerszego kąta i z drugiej strony - no ciężko tu zrobić ciekawe foto, to powyżej to najlepsze, co mi się udało:

I pierwsza, tradycyjna wstawka z serii, która będzie nam towarzyszyła do końca tej opowieści: "Maciej robi zdjęcie (z lewej) i fotka (z prawej)":

W Les Houches w końcu opuszczamy asfalt na dobre i zaczyna się prawdziwa akcja górska - TU SIĘ ZACZYNA TMB!

Mamy 10 kilometrów w nogach i 2 h marszu za nami. Jest około 16:10 po południu. Przed nami strome podejście, które widzieliśmy już z daleka. Nasze przemyślenia w tym miejscu lawirowały wokół: "ej na pewno nie będziemy podchodzić tym stokiem narciarskim, takie rzeczy tylko na jakichś ogórkach". Dla przypomnienia:

OGÓREK - niskiej rangi amatorski wyścig o złote kalesony, ulubione miejsce dowartościowywania się trzepaków

(jak nie znacie to polecam lekturę!)

No i rozpoczynamy podejście na Col de Voza - planowo 1 h 40 min:

Tu jeszcze wątek edukacyjny - obczajcie sobie, jak wygląda różnica pomiędzy fotką z telefonu, a z aparatu (fotki z podejścia na przełęcz). Dlatego właśnie warto używać tego drugiego:

Oczywiście zdjęcie z lewej to po prostu fotka poglądowa i jest równie przydatne, co to z prawej, natomiast chciałem wam na tym etapie pokazać, czemu warto zainteresować się tą klasyczną fotografią i targać ten sprzęt ze sobą. I nie, to nie są kolory robione photoshopem/AI - to drewno miało taką fakturę i kolor i jakbym był na kwasie, to bym je macał i wąchał pół dnia (kolega mi mówił)!

Na podejściu pod tą przełęcz okazało się, że UTMB to jest jednak ogórek, i podchodziliśmy tym stokiem narciarskim! Oczywiście na tej najgorszej patelni! NIE POLECAM, ZNAM CIEKAWSZE ZAWODY (pozdrawiamy Leśnika, Zamieć i BUTa)! 😀

Podchodząc do góry, zaczęły się pojawiać widoki - i to TAAAKIE! Jeden z pierwszych był połączony z elementem, który nam towarzyszył do samego końca tej wyrypy - z turystami (takimi jak my w sumie), którzy również robili TMB, tyle że "na ciężko". Bardzo wiele osób lata tę trasę każdego roku - jest to prawdziwy mix z całego świata (w dalszych częściach opowiem wam trochę smaczków, no bo przecież). Część nocuje w namiotach i leci z pełnym prowiantem (np. liofilizaty) pochowanych w plecakach, inni nocują po gitach (schroniska, ale nie hotele górskie, takie bardziej spartańskie warunki a równocześnie położone wyżej i bankowo cudowne wschody i zachody słońca w takich miejscach można obserwować!):

Pierwsza para, którą oficjalnie mijamy.

Poniżej z lewej dowód na ten stok narciarski:

Na Col de Voza docieramy po godzinie. Jest absolutnie przepięknie!

Widok z Col de Voza na Dôme du Goûter (4304m), Mont Blanc (4808m), Aiguille de Bionassay (4052m); panorama z 6 pionowych kadrów

Co ciekawe - my tutaj tego jeszcze nie wiedzieliśmy, ale to był pierwszy i ostatni raz w trakcie całej tej wyrypy, gdy widzieliśmy szczyt Monte Bianco / Mont Blanc / Białej Góry. Chwila warta zapamiętania.

Wstawka fotograficzna

Obiecałem, że te wpisy będą miały walory edukacyjne, więc dotrzymuję słowa. Popatrzcie na powyższą fotkę - robiąc jej opis nie miałem zielonego pojęcia, co jest na zdjęciu (jak się nazywają te góry). Normalnie w takich sytuacjach siadam do mapy i sobie kminię (to jest bardzo fajna zabawa!), ale nie zawsze mamy na to czas.

W takiej sytuacji ja robię tak:

  1. szukam na Google Mapsach w trybie "Terrain" danej miejscówki i klikam na nią (dokładnie to miejsce, z którego robiłem fotkę). Czasem można odczytać współrzędne geograficzne z metadanych zdjęcia (a czasem nie, to bardzo zależy):
  1. Robię copy-paste tych współrzędnych do PeakFindera
  2. Już w PeakFinderze, scroll-down (na myszce) - to robi zoom-out, a następnie ustawiam kierunek, w którym patrzyłem (w tym przypadku to był południowy-wschód). I oto efekt:

To jest BARDZO pomocne! Zweryfikujmy z ChatemGPT:

Czyli zasadniczo dobrze, tyle że robiąc to samemu, jest więcej zabawy!

Problemy z ultrasami

Z Col de Voza zaczynamy powolny zbieg (na fotce akurat jeszcze idę, ale zaczęliśmy w końcu zbiegać):

komentarz fotografa: ta fotka byłaby lepsza, gdyby nie była robiona na szerokim kącie, a na lekkim zoommie -> większe góry, widoczne budynki no i MACIEJ! :D

Leciało się tak dobrze, że przegapiliśmy skręt w las! Była tam gdzieś strzałka, ale nie na ziemi, tylko ukryta na krzaku i ją przegapiliśmy w biegu. W trakcie zawodów ktoś tu normalnie stoi i pilnuje, aby ludzie nie pobiegli w buraki. My musieliśmy się cofnąć (lecieliśmy na tracka w Garminie, a ten w końcu zaczął się burzyć, że "Off Track barany"):

Gdyby jednak Garmin nam nie piknął, to i tak bym sprawdził (na zegarku, na mapie - widać na niej tracka), ponieważ ciągle pilnowałem (potajemnie) czy może jesteśmy już w miejscu, gdzie zaczyna się WARIANT B do tajnego planu B Macieja.

Planu, z którym Aga by się w życiu nie zgodziła, i trzymałem go w tajemnicy.

To, czego nie wiecie (a może wiecie?) o ultrasach, to fakt, że mają zryte berety. (po chwili zastanowienia - to w sumie oczywiste, bo przecież nikt normalny nie biega 100+km po górach nocą; lepiej iść do psychologa na terapię, prawda? no właśnie to jest temat dyskusyjny :D )

widoczki, widoczki.. ta chmura była rewelacyjna!

W każdym razie ja mam żelazną zasadę wybierając się w góry - zawsze mam plan B (skrócenie trasy) oraz plan C (na wypadek awarii/wypadku). Moi starzy to harcerze i gdy inne dzieci bawiły się w piaskownicy, to ja spędzałem czas na obozach wędrownych zaliczając praktycznie wszystkie polskie zakamarki - i góry, regularne rzyganie w PeKaeSie, mróz i przeciąg w EN57 i wciąganie paprykarza w biegu. Dodatkowo stary był (jest?) przewodnikiem Beskidzkim, więc cały dom miałem "zajebany mapami, przewodnikami i aparatami foto" (i jakimiś pniami, bo stary zawsze jakieś kawałki drzewa znosił, że niby będzie świecznik robił! Normalnie jak "mój stary jest fanatykiem wędkarstwa", tylko wersja z pniami). I jakby mnie ktoś obudził w środku nocy, to bym na pamięć wyrecytował, jak spakować plecak na dowolną wyrypę po górach. Cóż - "lekkie dzieciństwo, ciężkie zabawki". Ale i również dzięki tym przetrwalnikowym (survivalowym) naukom zawsze właśnie myślę o tym, "co zrobić gdy". Mało w tym romantyzmu i spontaniczności, sorry (swoją drogą: to dzieciństwo było przepiękne, absolutnie nie narzekam i zupełnie nie chciałbym żadnego innego, no może tylko bez tych pierdolonych, wełnianych swetrów co drapią i "kują"!)

Wracając do planów B i C - no miałem je na wypadek, jakby mi się matematyka czasowa nie zgadzała. W miejscu, gdzie miał się ziścić "plan B", mieliśmy w nogach już 4 h oraz ponad 18 km. Oryginalnie trasa na ten dzień miała mieć około 35 km, z czego końcówka (ostatnie 12 km) miało być nudnym, zupełnie niewidokowym turlaniem się w górę doliny do miejsca, gdzie mieliśmy nocleg. W sporej części asfaltem. Gdybyśmy kontynuowali oficjalną trasę UTMB, to bylibyśmy na miejscu około 22:30. To oznacza, że nocleg i owszem, ale jedzenie to niekoniecznie. Przesympatyczna właścicielka noclegu Cecilia Demargne mówiła Adze, że "kolacja o 19 i nie może czekać z podawaniem innym gościom". Tak też nie mieliśmy kolacji na miejscu, a knajpy o tej porze miały być już pozamykane - miejscowość, w której planowaliśmy spać to w sumie wioska i niewiele się tam dzieje.

chorągiewka oznaczająca trasę UTMB

No to zagadałem do Agi, że "no chyba nie zdążymy, zanim knajpy pozamykają". I dodałem, że "znam tu taki skrót"...

To, co się dalej działo, to klasyczny wybuch ultrasa, któremu ktoś próbuje zepsuć cały wyjazd, odebrać marzenia oraz zdeptać idee. Co prawda my tu już prawie 20 lat razem, ale w takich sytuacjach staż nie ma znaczenia i na wierzch wychodzi prawdziwe "ja"! O mniej więcej tak:

To była prawdziwa nienawiść w oczach. Taka, jaką możesz zobaczyć w oczach 6-latka, któremu podmienisz czekoladki na ser żółty i zawiniesz w sreberko, a potem dasz w nagrodę za ładnie narysowany obrazek.

Żeby wam to jeszcze lepiej uzmysłowić - Aga po przeczytaniu tego tekstu napisała mi na komunikatorze:

Dalej jestem obrażona o skróty
Mogłeś jeść żelki a nie je potem nosić i przywozić do Polska z powrotem
Teraz muszę biegać utmb bo mam trasę nie zaliczona a mogłam już jechać na Swiss speaks albo inne ciekawsze

A potem jeszcze mi powiedziała w twarz, że "zła jestem, przypomniałeś mi".

Ultrasi są inni.

Cisza przed burzą

W tym miejscu muszę wam coś wyjaśnić. Te teksty o ojcu, harcerstwie, górach i planach B i C to nie były jakieś tam wymysły pod tego blog posta. To wszystko się bierze z takiego prawdziwego szacunku do natury i gór. Podobnie jak na morzu czy gdy pływacie wpław po jeziorze. No z naturą się nie dyskutuje. Plan na następny dzień był BARDZO srogi, prognozy pogody BARDZO złe a trasa skomplikowana i taka, która nie bardzo dawała możliwość skrócenia czy obejścia. Mówiąc wprost - bardzo stresowałem się tym, że na drugi dzień plan B praktycznie nie istnieje (plan C w takich przypadkach to zawsze telefon lub CB do ratowników, co raczej oznacza GAME OVER w przypadku takiego fastpackingu).

Musieliśmy następnego dnia być tip-top, ponieważ czekała nas paskudna przeprawa bez możliwości solidnego skrótu ani podwózki autem. Na to wszystko składały się prognozowane burze, które mogły nas ściągnąć na bardzo złą stronę stoków Mont Blanca - wręcz do złego kraju. Tego bardzo chciałem uniknąć, więc zależało mi na tym, aby ten pierwszy dzień był możliwie najprostszy, oraz abyśmy złapali ile się da aklimatyzacji. W jeden dzień nie da się zaaklimatyzować (to trwa wiele dni), ale za to można się pięknie załatwić! Np. nie śpiąc lub nie jedząc.

I tak dotarliśmy wraz z Agą do punktu, gdzie trzeba się było zdecydować. Wyglądał on mniej więcej tak:

ten widok bardzo mi przypomina trasę Elektricki w Słowackich Tatrach; w rzeczywistości to Tramway du Mont-Blanc

(ta kolejka jest zajebista, obczajcie sobie: Tramway du Mont Blanc)

W praktyce, zamiast zbiegać na Saint-Gervais les-Bains, skręciliśmy w lewo i zlecieliśmy stokówką w dół i tam dołączyliśmy do oryginalnej trasy. Oszczędność około 10 km, czyli dwóch godzin:

"znam tu taki skrót"

A skąd wiedziałem o tym skrócie? Był na papierowej mapie plus na Stravie w Heatmapach potwierdziłem, że ktoś nim faktycznie chodzi:

Strava Heatmapy zawsze bardzo pomagają ocenić nieznany odcinek, ZANIM w niego wejdziemy

Przyznam, że dla mnie to też nie była najłatwiejsza decyzja, jednak zdecydowanie bardziej mi zależało na zminimalizowaniu ryzyka dnia następnego, niż na purytańskim jebaniu trasy UTMB co do kilometra. I w mojej opinii to była najlepsza decyzja! Między nami nastała cisza - tak na 30 minut 😅

Wieczór

Dalej było już i nudno (asfalty) i zimno i zrobiło się ciemno. Wędrowaliśmy po prostu mozolnie dnem długiej doliny, do góry na nocleg. Czasem jednak było zabawnie, np. na tym przystanku autobusowym:

pragmatyczne krzesełka i kanapa na przystanku PKS

Dalsza trasa wiodła tą powyższą drogą do góry, czasem przechodziła w szuter, czasem wchodziła między domy:

Ostatnia fotka tego dnia przedstawia dynię:

Dynia jaka jest, każdy widzi

Do naszego miejsca noclegowego (la ferme du Champelet - Les Contamines-Montjoie) dotarliśmy już po ciemku, na czołówkach, po przemaszerowaniu 27 km i podejściu prawie 1500 m do góry. Całość zajęła 5 godzin i 42 minuty. Miejscówka wygląda tak:

I powiem wam, że to jest najbardziej klimatyczna miejscówka, jaką sobie można wyobrazić! Właścicielka, pani Cecilia Demargne jest osobą starszą i sama ogarnia tam wszystko - od roślin i warzyw, po gotowanie i serwowanie (no dobra, po prawdzie to nie wiem, czy ktoś jej nie pomaga, ale nie widzieliśmy nikogo innego, a taka historia brzmi lepiej, prawda?)! Wnętrze domu opowiada bardzo wiele historii - wspinaczkowych, narciarskich czy po prostu turystycznych. Kosmos:

Dotarliśmy na miejsce około 20-tej. Na kolację było już za późno (zeżarli już wszystko), natomiast pani Cecylia zaczęła dzwonić po znajomych (!!!) i wypytywać, kto ma jeszcze otwartą kuchnię w restauracji! Dała nam namiary, nakazała wychodzić od razu (to 25 min drogi, czyli godzina dodatkowego marszu na dziś), bo "potrzymają dla nas kuchnię otwartą, właśnie zamykali"). I w ten oto sposób mogliśmy się cieszyć o tym:

galette bretońska (naleśnik gryczany / sarrasin) z kilku rodzajów lokalnego sera (w końcu Alpy Francuskie) plus chamski burger dla Macieja (ale ser nawiązywał do miejscówki :D )

Myślę, że na tym możemy zakończyć opowieść na temat tego dnia. Kładliśmy się spać bardzo zmęczeni (to jednak był wybitnie długi dzień: pobudka w domu w Krakowie o 4 rano, samoloty, pociągi, taksówki, emocje na mecie zawodów no i potem cała ta trasa). Prognozy na następny dzień były bezlistosne - miało lać cały dzień i możliwe były burze. Przed snem usłyszeliśmy, że na zewnątrz zaczęła się ulewa...

Czuwaj!

PS: trzecia część wpisu już jest - link poniżej:

Fastpacking UTMB 3/6: Burza
Tatry nauczyły nas pokory już bardzo dawno temu. W czasach wspinaczkowych, gdy to prawie każdy weekend spędzaliśmy w ścianie (czy to podkrakowskiej, czy tatrzańskiej), wakacje zawsze ocierały się choć trochę o Tatry. Jeden z takich tygodni sierpniowych spędzaliśmy na Rąbaniskach, znanych też jako “taborisko pod Żółtą Turnią”. Był to tabor
Maciej Lasyk zdjęcie profilowe Maciej Lasyk
"Flat is boring" to moje motto, choć nie przeszkadza mi to klepać asfaltów od czasu do czasu. Lubię fotografować, podjeźdać (i zjeżdżać), podbiegać (ale bardziej zbiegać!) i pływać po ładnych jeziorach. Uwielbiam marszobiegi w ładnych górach <3