Maciej Lasyk zdjęcie profilowe Maciej Lasyk

Fastpacking UTMB 3/6: Burza

Fastpacking UTMB 3/6: Burza
💡
W tym poście opisuję drugi dzień naszej wyrypy naokoło Mont Blanc. Jeśli jesteś osobą, która znalazła się tutaj przypadkiem, to wstęp do tej serii postów znajduje się pod linkiem umieszczonym poniżej - polecam przeczytać tamten wpis najpierw, żeby zrozumieć, o co w tym wszystkim chodzi:
Fastpacking UTMB 1/6
Tym razem seria postów o tym, jak razem z Agą oblecieliśmy Mount Blanc naokoło w 4 dni, trasą znanych i epickich zawodów UTMB w stylu fastpackingowym. Planowo około 174 km i 10 km w pionie (w górę i tyle samo w dół). Klasycznie, z plecakiem tę trasę się robi w

Tatry nauczyły nas pokory już bardzo dawno temu. W czasach wspinaczkowych, gdy to prawie każdy weekend spędzaliśmy w ścianie (czy to podkrakowskiej, czy tatrzańskiej), wakacje zawsze ocierały się choć trochę o Tatry. Jeden z takich tygodni sierpniowych spędzaliśmy na Rąbaniskach, znanych też jako "taborisko pod Żółtą Turnią". Był to tabor (baza namiotowa Polskiego Związku Alpinizmu, zlikwidowany w 2009), który znajdował się przy szlaku z Brzezin do schroniska w Murowańcu. Namioty były rozbite na drewnianych podestach, dzięki czemu była świetna izolacja plus równe podłoże. Tabor był ogrodzony elektrycznym pastuchem (niedźwiadki) a wstęp tam mieli jedynie członkowie klubów wspinaczkowych zrzeszonych w PZA.

Wspomniany tydzień był bardzo deszczowy - tak jak i całe tamte wakacje. Naszymi głównymi atrakcjami były wycieczki na "suszenie rzeczy na kaloryferze i piwo" do Murowańca, obserwowanie turystów i słuchanie ich planów na deszczową pogodę ("no pewnie, że na Zawrat!") oraz poznawanie każdej najmniejszej ścieżynki od Roztoki, przez Dolinę Waksmundzką aż po Kopieniec (przy okazji po raz dwudziesty przemaczając buty). A i nabijanie się z kursów wspinaczkowych - nie zapominajmy o tym ("kto się wspina w dupówę? no kursy, bo muszą! [chodzi o to, że wszelkiej maści kursy wspinaczkowe są ustawione na konkretne daty na miesiące wcześniej, więc jakby nie mają wyjścia - muszą odbębnić podstawowe przejścia, żeby pozaliczać minima]"). Udało się nam raz, czy dwa (w ciągu całego tygodnia!) jednak coś podziałać wspinaczkowo (nie napiszę co, bo trochę wstyd, nawet teraz, po prawie 20 latach; ale to Środkowe Żebro na Skrajnym Granacie to było jedyne, co w miarę wyschło i gdzie nie płynęły potoki i nie było na nim ryzyka przypału (to jest taka jedna z najprostszych dróg kursowych w rejonie całej Hali Gąsienicowej)!).

Wróćmy jednak na tabor Rąbaniska. Owego tygodnia jeden namiot był pusty - w reszcie z godnością mokli taternicy. Pewnego wieczoru jednak deszcz ustał i zasypialiśmy w ciszy: ja, Aga i mój kumpel "na linie" (partner wspinaczkowy). W nocy jednak wszystkich nas obudził bardzo dziwny dźwięk - jakby samolot pikujący w naszym kierunku. Najpierw cicho, potem coraz głośniej, aż w pewnym momencie świst zagłuszył nasze rozmowy, a ciągle był daleko, taki był hałas! W pewnym momencie namiot się ugiął i uderzyła w niego ściana... gradu, a za nim gigantyczna ulewa! Jednocześnie uruchomiła się dyskoteka - błyskawice uderzały w szczyty gór bardzo często i były tak jasne, że rozświetlały całe wnętrze namiotu - widzieliśmy każdy detal i siebie nawzajem. Nasze rozmowy wędrowały od "czy namiot działa jak klatka Faradaya?" (nie, nie działa), poprzez "ciekawe czy potok zerwie drogę do Brzezin" (zerwał), po "co robić, gdyby cię dopadła taka pogoda w ścianie albo na szlaku" (no nie dopuścić do tego, proste, nie?).

Gdy wstaliśmy rano po nieprzespanej nocy, okazało się, że drzewo spadło na jeden z namiotów i podzieliło go idealnie na dwie równe części. Ludzie w środku byli bez szans. Do tej pory nie mamy pojęcia, jaki cud spowodował, że to był ten jedyny, pusty namiot.

Dźwięk gradu schodzącego z dużej wysokości z prędkością pikującego samolotu zapamiętaliśmy na zawsze. Mieliśmy nadzieję nie słyszeć go nigdy więcej.

Mokry poranek

Ta tatrzańska historia (i inne, bo było ich więcej) nauczyły nas lata temu, że w górach nie ma żartów. Dlatego też tego poranka, już w Les Contamines-Montjoie, wiedząc, że przed nami 50 km biegu po Alpach w tym około 3 km podejść, a prognozy są bezlitosne, po prostu robiliśmy wszystko, żeby nie wpaść w tarapaty wysoko na grani.

Na zewnątrz było w miarę ciepło i padał deszcz. Pobudka koło 6:15, wyjście z domu bliżej 7:30. Szliśmy "na krótko" na dole (ze stuptutami biegowymi) i "na długo" na górze:

Jednym z najistotniejszych elementów ubioru są stuptuty biegowe. Dzięki nim nic nie wpada do buta oraz jest w nim trochę bardziej sucho. Na upał nie polecamy ;)

W Les Contamines-Montjoie zaliczyliśmy śniadanie (drugie, bo pierwszym ugościła nas pani Cecylia, jeszcze w domu):

Deszcz nabierał na sile, więc wyjęliśmy naszą tajną broń na złą pogodę - gumofilce, inaczej zwane, pelerynami! Używamy ich od lat, nie kłamię (tu 17 - letnie video z YT, na którym macie dowód!):

0:00
/0:30

Te peleryny to jest MEGA patent, ponieważ nic nie ważą, można je przytroczyć na zewnątrz do plecaka (są pod ręką), można na nich usiąść, są przewiewne i - co najważniejsze - one NIE przemakają. Godziny wędrówki w deszczu, szczególnie z plecakiem, poradzą sobie z każdą membraną. Peleryna za kilka PLN jest nie do zajechania i BARDZO warto mieć ją ze sobą (nawet na zawodach ultra!).

Już w pierwszych kilometrach mieliśmy okazję podziwiać przepiękne zdjęcia konstelacji gwiazd i drogę mleczną w układzie nad Alpami! Fotografie autorstwa astrofotografki Aude Nowak były wystawione na terenie parku w Les Contamines-Montjoie. Polecam jej świetny profil na Instagramie - KOSMICZNE zdjęcia (dosłownie! 😃)

Kilkaset metrów dalej dotarliśmy do katedry Notre Dame de la Gorge. Jest to dawna kaplica (oraz sanktuarium) - klasyczna trasa pielgrzymów i wędrowców. Co ciekawe - została wybudowana w okolicach XI wieku! Oczywiście po drodze była wielokrotnie przebudowywana - ostatni raz w okolicach 1700 roku, kiedy to przybrała swoją obecną, barokową formę:

„Barok sabaudzki” (fr. baroque savoyard) to po prostu regionalna odmiana baroku, która rozwinęła się w krajach dynastii Sabaudzkiej (Savoy/Savoie + Piemont, częściowo Val d’Aosta) głównie w XVII–XVIII wieku, szczególnie w Alpach.

W środku pachniała barokiem - wiecie, co mam na myśli, bankowo!

Obok powyższego kościoła znajduje się też spory parking. I tu się zorientowaliśmy, że niektórzy wędrują przez TMB (Trail Mont Blanc) w trochę inny sposób - bardziej zorganizowany. Wygląda to tak, że biura turystyczne organizują tę pętlę metodą "pełny serwis". Odbierają ludzi z lotniska w Genevie, zawożą do Chamonix, a potem transportują ich między kluczowymi punktami TMB. Przykładowo - zamiast dreptać taki kawał drogi z Chamonix, to podrzucają ich pod kluczowe podejścia, a potem odbierają z drugiej strony przełęczy. W ten sposób omija się nudne i czasochłonne fragmenty.

Podejście na Col du Bonhomme

Po około 6 km i 90 minutach w końcu rozpoczynamy nasze pierwsze podejście dnia (z dwóch) - wejście na przełęcz Col du Bonhomme. Mamy przed sobą około 10 km dzidy do góry i mniej więcej 1200 m w pionie. Szczęśliwie dziś nie ma upału - jest mokro, wilgotno, ale nie zimno. I BARDZO zielono:

Mijamy się z coraz większymi grupami turystów. Sporo jest wycieczek organizowanych (o których wspomniałem wcześniej), ale też - i chyba przede wszystkim - masa par wędrujących razem naokoło Białej Góry. Czasem nawet z OBJUCZONYM pieskiem (to najczęściej Amerykanie!):

W USA psy same noszą swoją paszę!

Są też inne zwierzątka:

W pewnym momencie doszliśmy w miejsce, gdzie kończyła się chmura!

A tu nawet nagranie, jak to szybko przewiewało:

0:00
/0:11

Po drodze mijamy powoli schroniska Refuge de Nant Borrant i Refuge La Balme. W ich bezpośredniej okolicy znajdują się też miejsca pod namioty, na których to powoli zbierały się do wymarszu kolejne rzesze turystów. To też daje trochę do myślenia - idąć na ciężko i z namiotem, w taką pogodę, te poranki są po prostu długie. Trzeba zadbać o śniadanie, zwinięcie namiotu i gratów ze środka - i to jeszcze najlepiej w taki sposób, aby było w miarę sucho w plecaku. A no i oczywiście poranna toaleta - w efekcie wymarsz ma miejsce około 10 rano. Z drugiej strony - z tego, co widzieliśmy, to dystanse są też dużo krótsze i często jest to max. jedna przełęcz dziennie. Bardzo fajna forma wędrówki - to na pewno! Tylko też czasochłonna.

Kawałek wyżej, na wysokości mniej więcej 2100 m n.p.m. robi się chłodniej i zaczyna wiać. W takich warunkach jednak, wystarczy przyspieszyć delikatnie (i już robi się cieplej) oraz założyć bufki na głowy, coby nas nie przewiało. Zauważcie, że nie mamy już na sobie kurtek żadnych - przestało padać, a ta podstawowa warstwa (bluza) wystarczy - tylko trzeba iść raźnym tempem pod górę. Postoje oznaczają natychmiastowy ziąb.

Bufki to podstawowy element każdego fastpackera! Najlepiej ze cztery, albo i pięć!

Po prawie trzech godzinach wspinaczki dochodzimy do szczytu - na samą przełęcz Col Du Bonhomme, której to pilnuje pies pasterski rzadkiej rasy Leonberger:

Stał on poniżej wielkiego stada owiec i odganiał turystów, szczekając. Powyżej stada siedział pasterz, który wydawał polecenia drugiemu psowi - dziewczynie Border Colllie. Ta goniła stado, żeby się nie rozchodziło. Duet był świetny - masywny gość do szczekania na ludzi oraz zwinna dziewucha do zaganiania owiec!

Oczywiście, znaleźli się ludzie, którzy chcieli podejść do Leonbergera i zrobić mu zdjęcie z bliska! Pasterz na nich się wydzierał, a pies zdecydowanie nie chciał być fotografowany. Zrobiło się trochę nieprzyjemnie, bo to była sytuacja, gdzie pies po prostu bronił stada. Całe szczęście ludzie się ogarnęli (usłyszeli bardzo wkurzonego pasterza) i odeszli. Na fotce tego nie widać - ten pies sięgał mi do pasa!

Leonberger pilnujący stada owiec na Col Du Bonhomme

I mała przerwa na zdjęcie:

Refuge de la Croix du Bonhomme i Les Chapieux

Za przełęczą się rozwiało, więc kurtki wróciły do pracy. Na tym etapie byliśmy już po czterech godzinach marszu - była godzina 11:30. Powoli myśleliśmy o obiedzie, który planowaliśmy zaliczyć w schronisku nieopodal:

Po ponad czterech godzinach doszliśmy w końcu do Refuge de la Croix du Bonhomme (czyli samo podejście wyszło w 50% czasu ze znaków - dobre tempo na kijach!). Była godzina 12:00 i mieliśmy w nogach 16 km. Schronisko wyglądało zjawiskowo - klimacik!

ALE!

Okazało się, że nie można było złożyć zamówienia, ponieważ były one zbierane dopiero od 12:15, a była.. 12:12 (tak, to trzy minuty różnicy)! Czyli - przepada nam kolejka, w której staliśmy (długa) i musimy iść na koniec, aby złożyć zamówienie później - od nowa. BEZSENS!

Na szczęście Aga znalazła metodę - zagadała... po francusku. Wtedy wszystkie drzwi stanęły otworem - voilà (okazało się, że obsługa była zmęczona turystami zza oceanu; po 30 minutach spędzonych w schronisku i po wysłuchaniu ich opowieści, zrozumieliśmy dlaczego - uprawiali głównie turystykę cyferkową, o której opowiem w dalszej części)!

Na szczęście Aga to załatwiła idealnie, bo zaraz nam wydano posiłki (dosłownie). Za nami stała BARDZO DŁUGA kolejka, co oznaczało sporo zamówień, których realizacja zajmowała wieki. A nam zależało na tym, aby szybko zjeść i zbiegać na dół. Pogoda się pogarszała z każdą godziną.

A i minusem tego schroniska jest to, że podają kawę rozpuszczalną! Francuzi...

Po wyjściu ze schroniska miały miejsce dwie rzeczy. Po pierwsze Aga nie dopiła swojego napoju w puszce, więc trzymałem go w ręce i czułem, jak przymarza mi do skóry (bo zimny metal). Zbiegając zorientowaliśmy się, jaka to jest przecudowna dolina (przy okazji oblewając się regularnie, bo picie szło powoli, a poza tym biegnąć, to trudno się pije z puszki - no a przecież nie wyleję!).

No i to nas przenosi do tej drugiej sprawy - PRZEPIĘKNY, sześcio - kilometrowy zbieg (na pełnych brzuchach - tak się bawią ultrasi!) do doliny Val de Glaciers. Sami zobaczcie, jak tam było ślicznie!

Do Les Chapieux zbiegliśmy, mając już w nogach prawie 6 godzin i 21 kilometrów. Miejsce jest znane z kilku domów oraz wielkiego pola namiotowego. W sklepie można było kupić plastry na odciski, alkohol, sudocrem oraz poncza i sery! Kupiliśmy więc na drogę sera żółtego i pomaszerowaliśmy dalej.

A i jest tu dostępna publiczna toaleta (czysta 😄), w której też można nalać wody do bidonów.

Val de Glaciers i Col de la Seigne

Przed nami pnąca się do góry Val de Glaciers. Mieliśmy przed sobą drugie podejście dnia - 11 km i ponad 1000 m w pionie. Znaki na ziemi nie pozostawiały wątpliwości, w którą stronę mieliśmy się udać:

Dodam jeszcze, że w tym miejscu znajdował się parking, na którym stał shuttle-bus. Awaryjnie, można było w niego wsiąść i wrócić do Chamonix. Jeśli planujecie tę trasę, to warto zanotować taką możliwość.

Pogoda niestety ciągle się pogarszała - znów zaczęło padać, a wszystko co ponad doliną, schowało się w chmurach. Na razie nie było słychać żadnych burz, aplikacje w telefonie też ich nie pokazywały nigdzie w okolicy:

Podejście było mokre i parne. Po około 30 minutach zza chmur wyszedł szczyt Aiguille des Glaciers, który prezentował się NIESAMOWICIE!

Aiguille des Glaciers (3815 m) nad Val de Glaciers

Krótka wstawka fotograficzna

Popatrzcie na poniższe zdjęcie - kolory są soczyste! To efekt.. filtra polaryzacyjnego (CPL)! Nie wszyscy zdają sobię sprawę z tego, że CPL poza "podkręcaniem kolorów nieba" oraz "kasowaniem refleksów na wodzie i karoserii aut" nadaje się też do usuwania mikro - refleksów z mokrych roślin, nawet gdy nie świeci słońce! Jednak, jako że fotka jest wykonana w ciemnych warunkach, to wymaga dość jasnego obiektywu, ponieważ nałożony CPL dodatkowo przyciemnia zdjęcie. Ta fotka była robiona na f/2.8 przy 400 ISO (auto) i dość krótkim czasie 1/640s właśnie z polarem. Czyli tym obiektywem 40 mm (opisywałem go w pierwszej części tej relacji) można zrobić ciekawe zdjęcie roślinek, prawda? I wcale nie trzeba potem poprawiać kolorów!

Jarzębina!

Obiecywałem wam historię o jankesach, no to już opowiadam. Gdzieś w połowie podejścia pod Col de la Seigne, miało miejsce ciekawe zdarzenie. Szliśmy wartko do góry na kijach, tak na granicy rozmowy (czyli byliśmy w stanie ze sobą rozmawiać, ale deczko szybciej i już byłoby to mocno utrudnione). To taka biegowa granica pomiędzy tlenem a większą robotą. Bardzo dobra strategia właśnie na długie wyrypy tego rodzaju, jak i na biegi ultra, ponieważ tak można w nieskończoność, a gdy zachodzi potrzeba, to można dodać do pieca i polecieć trochę szybciej. No i tak idziemy i idziemy, i dochodzimy do kolejnej pary turystów - tym razem dwóch gości, z typowymi plecakami 50 L. Obydwaj mojej postury, jeden z nogą zrobioną niczym u tego znanego, amerykańskiego saksofonisty, co lądował na księżycu:

Lance Armstrong, typowy napinacz początków 21 wieku; łyda też napięta!

I w momencie, gdy ich mijaliśmy, oni... przyspieszyli! Poczułem się jak na basenie, gdy wyprzedzasz kogoś przed ścianą i nawrotem, a ten ktoś przyspiesza. Albo, gdy jedziesz na rowerze WTRką (Wiślana Trasa Rowerowa) i kogoś wyprzedzasz, a ten się odpala. Albo, gdy na Zakopiance wyprzedzasz inne auto, które nagle dodaje gazu! Ten typ człowieka!

ALE

Oni nie wiedzieli, że popełnili kardynalny błąd - NIGDY SIĘ NIE ODPALAJ, gdy wyprzedza Cię ultraska. NIGDY!

Ja bym im odpuścił, zatrzymał się, cyknął fotkę czy dwie, puścił przodem i zignorował. Jednak nie Aga. Ona po prostu uwielbia dawać lekcje - takie zupełnie nie wprost - te, które bolą najbardziej. W momencie, gdy oni przyspieszyli i chcieli nas wyprzedzić (szliśmy obok nich), ona zaczęła nucić i bardzo, bardzo delikatnie przyspieszyła. Nie na tyle, aby ich wyprzedzić, ale na tyle, żeby ich przeciągnąć 😅

Pamiętajcie - Aga ukończyła MIUTa 115 km, TGC 126 km czy to najdłuższe Lavaredo 120 km. A i wygrała Beskidy Ultra Trail 80kę! Jej power-walk pod górę miażdży. Ja daję z nim rady jedynie podbiegając, nie ma opcji, żeby marszem ją wyprzedzić na podejściu! Szaleni Amerykanie!

Robiło się coraz stromiej i obaj jankesi zaczęli dyszeć - coraz głośniej i głośniej. Ale trzymali koło - tylko przestali rozmawiać ze sobą 😀 Aga ciągle nuciła pod nosem - cicho, żeby nie było słychać dalej, ale na tyle głośno, aby oni słyszeli. To było zupełnie, jak to, co Lance Armstrong robił w peletonie, gdy to na podjazdach, w najstromszych momentach, nie dawał po sobie poznać zmęczenia i zagadywał do innych, aby ich zgnieść psychicznie. To właśnie robiła Aga w tym momencie. Ja szedłem z tyłu i jak mogłem, starałem się nie śmiać 😃

Historia miała swój koniec na pierwszym wypłaszczeniu i lekkim zbiegu - podbiegliśmy w dół, a oni w tym momencie stanęli i się zatrzymali. Byli zupełnie czerwoni i mokrzy - WELL DONE - w końcu było zimno, a przebieranie się w tych warunkach to nie jest najłatwiejsza czynność. My lecieliśmy na lekko i na niskich obrotach, więc po prostu poszliśmy dalej. Oni musieli odpocząć i się przebrać. Aga się uśmiechała pod nosem. Widziałem błysk w jej oku - ten, co zawsze, gdy zrobi coś takiego.

To jest właśnie ta "turystyka cyferkowa". Te trzydzieści minut w schronisku, w trakcie których wysłuchiwaliśmy ILE MIL I PODEJŚĆ I W JAKIM CZASIE WCZORAJ A ILE DZISIAJ. I tak do znudzenia. Jakby nie było innych tematów do rozmowy!

Kawałek dalej miała miejsce jeszcze jedna historia - krótko tym razem. Chwilę po tym, gdy jankesi zostali z tyłu, usłyszeliśmy bardzo charakterystyczny dźwięk silnika za nami. Wszyscy go znamy np. z Beskidów, gdzie quady jeżdżą, mimo że im nie wolno. Gdy spojrzeliśmy za siebie, zobaczyliśmy właśnie quada, jednak szybko zrozumieliśmy, że to jest pojazd gospodarczy - z tyłu na pace miał jakieś pakunki i wiózł je gdzieś powyżej. Okazało się, że to był... pasterz, który quadem zawoził jedzenie swojemu psu pasterskiemu! Podjechał do niego krętymi ścieżkami z dna doliny (tam miał swoją chatę), nakarmił, wymiział i wygłaskał i zjechał na dół. A pies pilnował nadal owiec. Bardzo urocza scena (niestety nie mamy fotek)!

Im bliżej przełęczy, tym więcej chmur

Idąc do góry, krajobraz robił się coraz bardziej srogi - lecz równocześnie było ślicznie! Zaobserwowaliśmy też, że chmury schodzą w kierunku przełęczy, na którą my szliśmy, a potem schodzą poniżej niej - na drugą stronę. Spodziewaliśmy się tam z drugiej strony wszystkiego, co najgorsze:

Ostatnie zdjęcie, które udało się wykonać przed przełęczą, to panorama złożona z czterech pionowych kadrów. Widok był absolutnie pastelowy!

Pastelowa, górna część doliny Val de Glaciers, wraz ze szczytami Aiguille des Glaciers (3815 m) oraz Petite Aiguille des Glaciers (3463 m)

Kilkaset metrów dalej zauważyliśmy, że nad przełęczą jest piekło (ciemno, wietrznie, deszczowo). W tym miejscu zorganizowaliśmy ostatni piknik (bardzo szybki, bo było zimno) i też tutaj postanowiłem w końcu zjeść to jabłko, które targałem ze sobą z samego parapetu dworca w Chamonix! Było absolutnie przepyszne! Dodatkowo założyliśmy spodnie przeciwdeszczowe i przeciwwiatrowe (akurat tego jeszcze na poniższej fotce nie widać).

Jabłko zwiedziło z nami trzy doliny i dwie przełęcze!

I jeszcze focia ultrasa w "cold weather kit":

Chwilę później w końcu doszliśmy do granicy francusko - włoskiej - na szczyt przełęczy Col de la Seigne:

Fly, you fools!

Na przełęczy było bardzo zimno i wietrznie. Nie zatrzymywaliśmy się, tylko od razu polecieliśmy na dół, w kierunku schroniska Rifugio Elisabetta. Mieliśmy już w nogach 32 kilometry, byliśmy po 9 godzinach akcji i zrobiliśmy około 2500 m do góry w pionie. Czuliśmy zmęczenie, ale takie, które u ultrasa oznacza koniec rozgrzewki ;)

Zbiegaliśmy lekkim truchtem, buty mieliśmy przemoczone, ponieważ biegliśmy głównie wodą. Było zupełnie mokro i większość szlaku stanowiła spływająca woda. Nasz szlak prowadził górną częścią Val Veny, czyli Vallone di Seigne - lecieliśmy zboczem głębokiej doliny, mając z lewej nad sobą jej strome zbocza, a z prawej poniżej jej dno. Założyliśmy na siebie poncza - wiatr wiał od pleców, więc dobrze nas chroniły przed deszczem i nie podwiewało ich. Równocześnie utrudniały komunikację, bo ich kaptury hałasowały i ciężko było cokolwiek usłyszeć.

Jednak jest jeden dźwięk, którego nie da się pomylić z niczym, a który jest dużo głośniejszy, od trzepoczącego na wietrze kaptura. Obróciłem się tylko przez ramię, mając nadzieję, że się mi przesłyszało.

Niestety.

Za nami, BARDZO szybko schodziła z góry biała ściana gradu. Aga też się obróciła. W ułamek sekundy zrozumieliśmy, co się dzieje. Byliśmy mniej więcej na 2500 m n.p.m. na terenie, gdzie absolutnie nie było się gdzie schować. Z lewej strony natomiast czaiło się kamieniste zbocze, które tylko czekało, aby wyjechać wprost na nasz szlak. Pamiętacie tę scenę z Władcy Pierścieni? My sobie ją przypomnieliśmy natychmiast:

Fly, you fools!

Do schroniska mieliśmy tylko 2 kilometry. Biegiem w dół to jest 10 - 15 minut (pełne plecaki, ślisko, płynąca woda i te klimaty). Biegnąc zboczem doliny, usłyszeliśmy za sobą po lewej grzmoty i zaczęło się błyskać. Nie obracaliśmy się już i nie sprawdzaliśmy aplikacji pogodowej, w którą stronę i skąd przyszła ta burza - teraz to nie miało znaczenia, a liczyła się każda minuta. Po prostu biegliśmy w dół. Ponczo Agi zrobiło się białe od gradu. Szyja, ręce i łydki bolały od uderzeń ostrego lodu.

Gdzieś w tym miejscu trasa UTMB odbijała w lewo i do góry, wspinając się do góry 300 m, obiegając skalne piramidy "Le Pyramides Calcaires", i zbiegając na schronisko Rifugio Elisabetta. Nawet się nie zastanawialiśmy, czy tam iść - dokładnie nad tym miejscem szalała burza. My znajdowaliśmy się pod chmurą gradu - lecieliśmy ciągle w dół.

Po chwili zbiegliśmy ze zbocza doliny do jej samego dna, które teraz wyglądało jak płaskowyż. Na jego końcu znajdował się stromy próg doliny, za którym czekały nas strome, żwirowo - kamienne serpentyny, prowadzące dalej w dół, do kolejnego, niższego piętra doliny Val Veny. Gdy w końcu dobiegliśmy do tego progu i zaczęliśmy zbiegać stromymi ścieżkami w dół, zauważyliśmy Rifugio Elisabetta - majaczyło przed nami, dalej po lewej stronie. Prowadził do niego szlak, odbijający od naszego - trzeba było tylko zejść na dół, a następnie podejść kawałek do góry.

Równocześnie zamajaczyła nam biała płachta dalej w dolinie - idealnie przy naszym szlaku zbiegowym. Nie widzieliśmy jeszcze, co to było, ale wyglądało na jakąś budowlę - ulewa bardzo utrudniała widoczność.

Gdy w końcu zbiegliśmy z progu doliny, to zauważyliśmy, że ta biała budowla to... NAMIOT UTMB! Taki sam jak każdy punkt żywieniowy czy odpoczynkowy na trasie zawodów. Jego wielką zaletą w porównaniu do schroniska był fakt, że nie był nagrzany. Rzecz w tym, że gdybyśmy weszli do Rifugio Elisabetta, to najpewniej stracilibyśmy tam z godzinę na jedzeniu i przebieraniu się w suche rzeczy, a po wszystkim byłoby nam bardzo ciężko wyjść na to zimno na zewnątrz. Podejrzewam, że znacie to uczucie, gdy zziębnięci i przemoczeni wejdziecie do ciepłego pomieszczenia, a potem trzeba wyjść na deszcz i mróz. Jest bardzo ciężko. Chcieliśmy tego uniknąć.

Burza szczęśliwie przeskoczyła na drugą stronę Mont Blanc, grad ustał i już tylko lało. Zdecydowaliśmy się, że to nie jest przypadek, że ten biały namiot, zupełnie jak Gandalf na biały koniu, znalazł się w tym miejscu!

Biały namiot UTMB!

Bez chwili zastanowienia pobiegliśmy w tym kierunku. W środku było przytulnie - zupełnie jak na zawodach, tylko pusto! I NIE WIAŁO I NIE PADAŁO!

Oszczędziliśmy tutaj bardzo dużo czasu, bo mogliśmy się przebierać na bezczela, nie przejmując się niczym i nikim - byliśmy absolutnie sami w tej okolicy. Siłę wiatru pokazuje poła namiotu na poniższym zdjęciu - to NIE jest bok namiotu, a wewnętrzna ściana. Bok namiotu przepuszczał wiatr, a ten napinał tę ścianę - tak pizgało - opierała się jedynie o ten stół! W naszej "izbie" było bezwietrznie.

Zasadniczo to przebraliśmy na tym etapie skarpety, na nie założyliśmy psie worki na kupy (idealna izolacja od mokrych butów no i te worki się mieszczą wszędzie i każdy psiarz ma je zawsze ze sobą, nawet na wyprawie naokoło Blanca - tak jakby co 😀), pozakładaliśmy długie getry biegowe pod spodnie i pozamienialiśmy rękawice na takie cieplejsze i przeciwdeszczowe i wyjęliśmy ciepłe czapki. Wcześniej nie było czasu na wyjmowanie tych rzeczy - mamy je zazwyczaj schowane głęboko w plecakach, w oddzielnych workach, żeby nic nie zamokło, gdyby plecak przemókł.

Cold Weather Kit - był wymagany na naszej trasie 😄

W namiocie jeszcze dokładnie potwierdziłem pogodę w aplikacji na telefonie - burza poszła w drugą stronę i nie wyglądało na to, aby coś miało nas jeszcze zaskoczyć tego dnia. Zapowiadało się deszczowo i mokro - czyli bez zmian. Przygotowałem też Plan B na dalszą część, gdyż robiło się już późno, byliśmy srogo przetyrani tym zbiegiem, a przed nami było jeszcze co najmniej 14 kilometrów i jakieś 500 m do góry!

W tym miejscu jeszcze opowiem wam jedną ciekawostkę. Ten namiot to stały punkt w trakcie lata i często go tam można spotkać. Znajduje się tutaj i okazuje się, że poza UTMB to obsługuje również TDSa. Nazwany jest LAC COMBAL.

Deszczowa Val Veny

W okolicy 40 kilometra trasa UTMB odbija z doliny i pnie się do góry, szlakiem na Lago di Vesses, a potem schodzi stokami narciarskimi do Courmayeur. Alternatywnie, można po prostu schodzić dnem doliny, aż do drogi asfaltowej, i dojść nią do samego Courmayeur. W ten sposób nie podchodzi się już do góry, a dystans jest mniej więcej podobny - kilka kilometrów dłuższy.

Na tym etapie zdecydowaliśmy się jednak odpuścić wspinaczkę i zejść asfaltem na dół. Pogoda ciągle była niepewna, a samo podejście było zupełnie wymyte - nie było sensu ryzykować. Idąc dalej, widzieliśmy, jak zbocza tego podejścia miejscami lądowały w rzece. Sporo w tamtej okolicy spłynęło lawin błotnych w tamtym okresie. Dodatkowe ryzyko nie miało już żadnego sensu.

Po około 45 kilometrach zapadła ciemność i szliśmy już na czołówkach. Zrobiło się bardzo zimno - temperatura oscylowała w okolicy 5 stopni. Jedyne, o czym myśleliśmy, to aby w końcu dotrzeć do Courmayeur. Znowu stawał przed nami problem późnej pory i pozamykanych restauracji. Ostatni posiłek jedliśmy o 12:15, a była już prawie 20-ta (pomiędzy oczywiście żelki, batoniki itd). Zależało nam na czymś solidnym.

Doszliśmy do przystanku autobusowego. I wiecie co? Autobus jeszcze kursował! Tyle że odjechał 7 minut wcześniej. Tyle wygrać i przegrać zarazem!

Mieliśmy jednak szczęście. Idąc w dół, nagle, w kompletnej ciemności usłyszeliśmy za nami silnik auta. Obróciliśmy się i zamachaliśmy - zatrzymał się. To był Land Rover jednego z lokalsów - zaprosił nas do środka, kazał się nie przejmować tym, że jesteśmy mokrzy i zapytał, gdzie mamy nocleg. Podrzucił nas praktycznie pod sam hotel. Wspomniał, że ta burza z gradem była prze-paskudna!

Nasz nocleg w Courmayeur

W hotelu czekała już na nas paczka:

Wpadliśmy już w rutynę - z paczki wyjmowaliśmy świeże skarpetki, bieliznę i koszulki (każde z nas miało taki zestaw), Aga szła pod prysznic, a ja zgrywałem zdjęcia z aparatu na telefon, coby kilka wrzucić na socjale. Następnie przebieraliśmy się w te świeże rzeczy i szliśmy do restauracji. Z ciekawostek - w tym hotelu można było oddać ubrania do prania i suszenia na noc. Nie skorzystaliśmy tylko dlatego, że byłyby gotowe dopiero na 8 rano (za późno dla nas).

W restauracji znowu na nas czekali z zamknięciem kuchni! Tym razem jednak nie byliśmy ostatnimi klientami - we Włoszech życie zaczyna się po 18-tej. Zaraz po nas zeszła się lokalna śmietanka i polało się piwo i wino.

To był niezapomniany dzień - następne miały być już tylko łatwiejsze. A czy były? No o tym napiszemy w kolejnych częściach tej opowieści!

Maciej Lasyk zdjęcie profilowe Maciej Lasyk
"Flat is boring" to moje motto, choć nie przeszkadza mi to klepać asfaltów od czasu do czasu. Lubię fotografować, podjeźdać (i zjeżdżać), podbiegać (ale bardziej zbiegać!) i pływać po ładnych jeziorach. Uwielbiam marszobiegi w ładnych górach <3