Maciej Lasyk zdjęcie profilowe Maciej Lasyk

Maratón Valencia dla początkujących, czyli bostońska napinka (część 1 z iluś)

Maratón Valencia dla początkujących, czyli bostońska napinka (część 1 z iluś)

Tytuł może zaskakiwać, no bo przecież tyle lat już siedzę w tych sportach wytrzymałościowych i tak wiele dziwnych trajlonów czy biegów po górach wpadło, że mogłoby się wydawać, że "no Maciek, jak to, pierwszy maraton?".

No to jest dość proste - praktycznie żaden z tych wszystkich biegów czy trajlonów nie zawierał w sobie 42km po płaskim asfalcie. No bywało 70km pod górę (np. Wildstrubel), bywały "krótsze 40ki" (np. Transgrancanaria czy nawet krótsza wersja MIUTa) - ale nigdy, przenigdy nie miało miejsca nic podobnego do biegu ulicznego! Nawet na Norsemanie przecież druga połowa była pod górkę a na Iconie to w ogóle asfaltu (i to jeszcze płaskiego) to jak ze świecą szukaj!

Zresztą - czy widzicie na tej lodówce jakiekolwiek wskazówki na temat płaskich biegów (ta lodówka już nie istnieje, ale naklejki i owszem! MIUT i Fatra i BUT to Agi ofc, nie moje):

No ale to po co ten maraton, Maciek?

Mógłbym tu się rozpisywać o jakichś filozoficznych dywagacjach na temat tego, jakie procesy zachodzą w głowie ludzi po 40-ce (w momencie pisania lev43 here!), jak zmienia się perspektywa i punkt widzenia świata i jeszcze dorzucić jakieś pierdololo na temat odkrywania siebie. Ale wiecie co? To wszystko byłaby nieprawda.

A ta jest dużo prostsza - nie ma co mnożyć bytów ponad potrzebę! Już wiecie, o co chodzi? No właśnie - Brzytwa Okhama i przyznam się do tego dużo prostszego powodu:

Dla jasności - nie chodzi o sam start w Bostonie, ale o tę kurtkę! Ja jestem prostym człowiekiem, podatnym na marketing, no i właśnie tak. Wiem, że można ją kupić po prostu ot tak, na internecie, ale są pewne granice jednak!

I żeby nie było - w Norsemanie też startowałem tylko dla czarnej koszulki, więc mam doświadczenie w tych sprawach :D

Czyli mówiąc wprost - ja po prostu chcę tę kurtkę, żebym mógł wnukom opowiadać (albo przypadkowym ludziom, bo z tymi wnukami to nigdy nie wiadomo), jak to za gówniaka-hehe, zrobiłem Norsemana, a potem jeszcze Boston dojebałem, ha! (czyli, że jednak wielkie ego Macieja, tu bez zmian).

Valencia to początek pięknej przygody, czyli z Hiszpanii do Bostonu!

Plan jest prosty:

  1. na jednym z maratonów zakwalifikować się na Boston
  2. polecieć do Bostonu i ukończyć bieg
  3. odebrać kurtkę
  4. profit

No i można się rozejść, dziękuję za doczytanie do końca :D

...

...

... no chyba, że czas na kwalifikacje na Boston w tym momencie dla mnie (wiek) to około 2:57! To jest tempo 4:11min/km! Ja pierdziu, ciekawie się robi, co nie?

Aleale - myśmy ze szwagrem nie takie rzeczy robili po pijaku! Słuchajcie - do Norsemana przygotowywałem się 5 lat (!!!oneone). A może i więcej od momentu, gdy zacząłem o nim myśleć po cichu (bo chwilę mi zajęło ogarnięcie, że to jest w sumie do zrobienia, tylko trzeba się przygotować i może pływać nauczyć :D). Ja wtedy nawet robotę zmieniłem, tylko po to, aby mieć za co na tego Norsemana polecieć (w końcu Norwegia, to jakby nie tanio)! No to z tym głupim maratonem nie dam rady? Proszę ja Was!

Te czasy kwalifikacyjne to się wydłużają z wiekiem (ale też skracają co kilka lat, bo ludzi chętnych coraz więcej i coraz szybciej oni biegają). W praktyce, aby wystartować w 2027 roku w Bostonie (gdy to będę już w kategorii 45+), to musiałbym w 2026 roku przebiec dowolny maraton w około 3:08 (4:27/km) w ramach kwalifikacji. No albo w 2027. A jakbym tak poczekał do 50-ki to "już tylko 3:20" (4:45/km). Proste, nie? :D

No i właśnie - tak więc sobie wymyśliłem, że pobiegnę tą Valencię na spróbowanie. Tak, aby zobaczyć, czy ja w ogóle potrafię przebiec maraton, bo to wcale nie było takie oczywiste! No bo "przebiec" oznacza jednak, że biegniemy, a nie marsz-bieg-marsz. Tzn nie mam nic do Gallowaya, spoko, ale nie wydaje mi się, żeby tą metodą dało rady polecieć w 3:08 (chociaż... na pewno w jego tabelce w książce jest takie tempo podane, tylko trzeba szybciej biec te odcinki biegowe :D). A poza tym zawsze mogło się okazać, że te płaskie i nudne maratony miejskie to jednak nie dla mnie. Zresztą porównajcie sobie typowy maraton po mieście do tego, co widać na ultra (celowo miejska focia całkiem ładna, a warun górski średniawy, żeby wyrównać szanse):

No to są zupełnie inne światy jednak. Mnie zawsze będzie ciągnęło w góry, ale te miejskie maratony - no ciekawa sprawa (ale bardziej ciekawa ta kurtka jednak)!

A jeszcze na koniec tego wątku - nie mam pojęcia, czy ten Boston się uda, ani kiedy może się udać. Moja filozofia od zawsze polegała na "to trzeba na spokojnie, no zobaczymy". I polecam takie podejście, bo jest ono dość nienapinkowe. Zamiast się zajeżdżać na treningach, robić jakieś dziwne testy na 5/10/20km (czy 5/10/20min) i chgw co tam jeszcze i budować sobie litanię oczekiwań, to po prostu.. no właśnie - o tym w kolejnych akapitach (odcinkach).

Na koniec tej części załączam dowód rzeczowy w sprawie - owa czarna koszulka z Norsemana:

A ciekawa sprawa z nią związana jest taka, że koszulka ta jest bardzo niewygodna (żre mnie tu i tam, nawet jak schudłem) i to był pierwszy i ostatni raz, gdy ją założyłem. Mam nadzieję, że ta kurtka z Bostonu będzie warta tego całego zachodu!

Ej, ale to ile pobiegłeś tę Walencję?

(ten akapit dodałem po tym, gdy ktoś mi zwrócił uwagę, że ta informacja jest dość istotna z punktu widzenia całej tej historii; starałem się początkowo nie koncentrować na liczbach, żeby nie wprowadzać tego elementu od razu, ale rozumiem punkt widzenia i się z nim zgadzam)

Na razie nie podaję międzyczasów, bo opowieść na temat samego biegu to będzie inna część i inny wpis na tym blogu - zachowałem to na później.

W następnym odcinku:

  1. no będzie już o maratonie
  2. i o tym, czego nie robić przed maratonem (a co i tak zrobiłem i powtórzyłbym, i nic nie żałuję)
  3. i dlaczego warto umieć w wyższą kadencję (podpowiedź: bo carbony)
  4. i czy ta Valencia to jest faktycznie taka brzydka?
  5. i cośtam jeszcze - tematów jest sporo, będę wrzucał tak, jak mi będzie flow w głowie podpowiadał (pamiętajcie - to mój blog, a ja mam gdzieś kliki, wyświetlenia i to, czy ktoś to czyta, czy nie :P Ale żeby nie było - cenię Wasz czas, który tu marnujecie, więc staram się, aby to wszystko było napisane sensownie)

A czemu nie piszę wszystkiego na raz? Bo bym w życiu nie skończył, a nawet jeśli, to nikt by tego nie przeczytał do końca! Zresztą - ja to bym chciał, aby ta cała seria to była takim źródłem prawdziwej, pięknej motywacji dla kogoś. Że niby po przeczytaniu pomyśli sobie "kurde, ja też chce taką kurtkę!" i wstanie z kanapy i pójdzie biegać! 😄

Jako bonus materiał (na wypadek, jakbyście czuli niedosyt) proponuję świetne nagrania Franka w temacie skarpet kompresyjnych (patrzę na Was trajloniści!). Warto!

PS: tak po prawdzie to ja przebiegłem jeden maraton (ten w Krakowie) 2 lata wstecz, ale to było szuranko z kumplem, więc nie nazywamy tego biegiem a "social cośtam". Więc się nie liczy i ta Valencia była tym pierwszym!

Drugi (kolejny) wpis z tej serii dostępny jest tutaj:

Maratón Valencia dla początkujących, czyli zwiedzanie przez bieganie (część 2)
Jeśli trafiłeś/aś tu z przypadku i nie czytałeś/aś jeszcze pierwszej części, to polecam się tam udać najpierw (czyli teraz): Maratón Valencia dla początkujących, czyli bostońska napinka (część 1 z iluś)Tytuł może zaskakiwać, no bo przecież tyle lat już siedzę w tych sportach wytrzymałościowych i tak wiele dziwnych
Maciej Lasyk zdjęcie profilowe Maciej Lasyk
"Flat is boring" to moje motto, choć nie przeszkadza mi to klepać asfaltów od czasu do czasu. Lubię fotografować, podjeźdać (i zjeżdżać), podbiegać (ale bardziej zbiegać!) i pływać po ładnych jeziorach. Uwielbiam marszobiegi w ładnych górach <3