Maciej Lasyk zdjęcie profilowe Maciej Lasyk

Maratón Valencia dla początkujących, czyli w końcu relacja! (część 4)

Maratón Valencia dla początkujących, czyli w końcu relacja! (część 4)

Napisałem ten post, aby dać wam możliwość przeniesienia się na kilkadziesiąt minut do grudniowego, maratońskiego serca Europy. Nie jest to jednak typowy przewodnik czy relacja - raczej taki mix, z nastawieniem na czytelnika, który rozważa przebiegnięcie maratonu, ale ciągle się waha. Mam nadzieję, że ten wpis kogoś zmotywuje poprzez przedstawienie, jak piękne i ciekawe może być to maratonowanie!

Dodatkowo ten wpis przedstawia wam historię pierwszego maratonu miejskiego z punktu widzenia ultrasa - osoby biegającej po górach, jak i startującej tak dziwne triathlony, jak Icon czy Norseman. Byłem bardzo ciekawy, co wyjdzie z połączenia takiego miksu, ponieważ w ultra to jednak biega się mniej i bardziej na wyczucie, a na maratonie miejskim to jest zupełnie inna para kaloszy! Dodam, że byliśmy w Valencii razem z Agą, która to ma na koncie takie zawody jak MIUT 115, Lavaredo 120 czy TransGranCanaria 126, więc to nie tak, że jesteśmy żółtodziobami w tym "enduransie"! Na tym etapie mogę powiedzieć, że te dwa światy (ultra vs płaski) łączy jedna, wspólna cecha - trzeba mieć mocną głowę ("zrytą psychę"), aby robić i jedno i drugie! Na tą chwilę mogę też powiedzieć, że zdecydowanie kontynuuję drogę do maratonu w Bostonie!

Ten wpis jest wybitnie długi. Podobnie jak maraton w Valencii - wymaga sporej wytrzymałości, jednak dostarcza wrażeń - jeśli nie intelektualnych (bo to dyskusyjne 😄), to wzrokowych (dostałem bardzo dużo pozytywnych komentarzy na temat fotek, które zrobiliśmy; i nawet główną stronę na Reddicie!). Spora objętość to właśnie zdjęcia, które - mam nadzieję - przeniosą was na te pół godziny (albo dłużej 😅) do słonecznej i pięknej Valencii 😊

Trudne miłego początki

Każdy biegający Krakus Wam powie, że najtrudniejszą częścią podróży na jakiekolwiek zawody w ciepłych krajach, w jesienno - zimowym okresie, jest start z lotniska na Balicach! Mgły mamy tutaj GRUBE (regularnie!), a minimalna, wymagana widoczność przy starcie to 350-400m!

Całe szczęście nam przyfarciło (choć było blisko! 60 min później siadło mleko i nie polecielibyśmy nigdzie):

Wprawne oko dostrzeże, że obok ogona EasyJeta, łysy jest w pełnej poświacie - pełnia! Bardzo ciężko mi się było pogodzić z wylatywaniem w jej trakcie! Obecnie realizuję projekt foto, polegający na cykaniu ciekawszych elementów krakowskiej architektury w objęciach właśnie łysego w pełni! Mgła na szczęście "uratowała" sytuację, bo w takich warunkach to nici ze zdjęć, więc jakby bez żalu. A w trakcie ostatniej pełni było grubo, zresztą oceńcie sami:

Swoją drogą lewa foteczka klasztoru ukazuje kawał historii wspinaczkowego Krakowa! Nie mogę tutaj o tym nie wspomnieć, bo u nas na południu bieganie przeplata się na co dzień ze wspinem! (niektórzy to wręcz robią siłę biegową, nosząc 25 kg na plecach, podchodząc pod wybrane skałki - serio-serio!).

Powyższy klasztor znajduje się tuż przy Wiślanej Trasie Rowerowej, czyli na trasie klasycznych weekendowych longów biegowych wielu biegaczy zachodniej części Krk. Z widoczną pod nim skałą łączy się ciekawa i niecodzienna historia (wzięta stąd), którą tu poruszę, ponieważ omawia kwestię nazewnictwa dróg wspinaczkowych, co ja zawsze staram się uwypuklać w kontekście smutnych nazw segmentów na Stravie:

Pierwsza droga, wytyczona tam przez Rico Malczyka, o trudnościach VI.3+/4 zyskała nazwę Święta inkwizycja. Kolejne trzymały się konwencji – Zakon Księży Kamuflaży, Zacięcie pod Klasztorem, Pokuta, Przyłbice i Kaptury, to tylko niektóre z nich (wyjątek, ale czy na pewno?, stanowiła droga Fakir o trudnościach VI.5/5+).
Wyrazem eskalacji napięć między wspinaczami, a gospodarzami była nazwa Benedyktyny Skurwysyny będąca odwetem za wylania wrzątku na wspinającego się Renarda Stachnika.
[...]
Najbliżej sukcesu byliśmy podczas spotkania z opatem, gdy wspierał nas nieodżałowany Jacek „Organista” Rządkowski. Mimo przychylności opata, pozostali hierarchowie nie dopuścili do przywrócenia wspinania.
Oficjalnym powodem był fakt kończenia się dróg wspinaczkowych na wysokości okien cel klasztornych, a zachowanie wspinaczy mogłoby przeszkadzać mieszkańcom w medytacjach.
Wspinanie na Filarkach zostało zabronione, a asekuracja zniszczona.

Podsumowując:

  • w okresie jesienno - zimowym, lecąc samolotem z Krakowa, warto mieć te 2-3 dni zapasu (na wypadek, gdyby jednak lot odwołali)
  • nazywając segmenty na Stravie, warto brać przykład ze wspinaczy. "długa prosta" to chujowa nazwa na segment, w porównaniu do takiego np. "sam se biegaj po płaskim!", który jest zaczepny i zwraca uwagę! Albo nasz lokalny przykład - jakiś jełop nazwał podbieg "Stromy podbieg pod Kopcem" (jeszcze ten kopiec wielką literą!). Całe szczęście przyszedł mądry człowiek (wiem, ale nie powiem) i stworzył jeden z najbardziej klasycznych segmentów na całym Sikorniku: "Berlin"! A jeśli nie kumacie, to click tutaj.

Jajka na twardo!

Lot odbył się bez niespodzianek. Ponad trzy czwarte pasażerów miało na sobie buty znanych marek sportowych. To nie przypadek. Głośne rozmowy tematycznie wędrowały od nudnego łamania życiówek (booring!), przez ciekawsze "mam jajka na twardo w walizce, przecież nie będę kupował jedzenia na miejscu" po absurdalne "trzeba będzie unikać słońca, żeby się nie załatwić przed startem".

Nudy nie było! Ja natomiast odkryłem przypadkiem (ściągany na szybko w trakcie siedzenia na schodach wyjściowych do samolotu zastępujących rękaw, bo #TanieLinie) MEGA serial dla wszystkich graczy (nie, żebym dużo grał, za mało czasu, za stary człowiek, ale nasz młody ma już 16 lev, to sami rozumiecie), o nazwie Secret Level. Krótkie, 8-15min odcinki, każdy w innym formacie, osadzony w różnych uniwersach (czyli, że inne gry) - polecam!

Valencia przywitała nas absolutnie przyjemną temperaturą 15 stopni (czwartkowy wieczór na lotnisku)! Operatorzy pracowali w krótkich spodniach, księżyc w pełni dawał na pełnej, a w powietrzu czuć było morze. To jest zupełnie inny świat niż ten, który zostawialiśmy za sobą na Balicach!

Naszym głównym środkiem lokomocji było metro. Miasto ma świetnie zorganizowaną komunikację miejską, gdzie tramwaje dopełniają się z autobusami, rowerami miejskimi (pełno szerokich ścieżek rowerowych!) no i właśnie tym podziemnym transportem, który dojeżdża na samo lotnisko!

W tym miejscu dodam jeszcze, że my się zdecydowaliśmy już na lotnisku na zakup "Valencia Tourist Card 72h". W cenie około 27 EUR dostaliśmy przejazdy komunikacją miejską i wstępy do wybranych muzeów. Ciężko nam powiedzieć, czy to był opłacalny ruch, natomiast bankowo bardzo usprawniający naszą podróż. Dodam od razu, że w pakiecie startowym maratończyka dostaje się 4 dowolne przejazdy komunikacją miejską (ale wcześniej trzeba jakoś dotrzeć po ten odbiór pakietu - a to jest kawał drogi od centrum!):

Zanim dotarliśmy do domu (nocowaliśmy około 3 km od miejsca startu maratonu, bardzo niedaleko plaży), poczuliśmy już na tym etapie świąteczny klimat nad Morzem Śródziemnym:

Podsumowując:

  • lot trwa około 3h z Krk, więc warto zgrać sobie książkę czy jakieś video na tablet, czy inny telefon; alternatywnie, można się poprzechadzać po pokładzie - bankowo będą tam jacyś prosi biegowi (a umiecie rozpoznać tak po twarzy? :D )!
  • metro z lotniska do centrum wyjdzie około 6-7EUR od osoby; jeśli nie planujecie nigdzie jeździć komunikacją miejską, to możliwe, że ta "Valencia Tourist Card" nie będzie Wam potrzebna. Warto to sobie poukładać w głowie i policzyć uwzględniając, że miejsce odbioru pakietu jest kawał drogi od centrum. A dopiero po odbiorze pakietu dostaniecie te 4 darmowe przejazdy (do weryfikacji oczywiście - możliwe, że w kolejnych edycjach to ulegnie zmianie)!
  • spodnie z odpinanymi nogawkami to life saver! W Krk "na długo", a po wyjściu z samolotu już na krótko!

Piątunio, czyli odbiór pakietów i najdroższa paella ever!

W jaki sposób prawdziwi ultrasi regenerują się na dwa dni przed startem? No oczywiście - zwiedzając Valencję!

To było tak:

  1. śniadanie (proszki z kreatyną i białkiem miałem, ale poszliśmy też na takie cywilizowane jedzenie, bo szanujmy się)
  2. spacer do autobusu
  3. "ja pierdolę, ale to kawał drogi, zaraz się zerzygam" (błąd strategiczny - jechaliśmy autobusem; gaz-hamulec, Warsaw vibes)
  4. [godzinę później]: "ale tu ładnie!"
  5. "o, mają tu podbiegi!" (odbiór pakietów znajduje się na całkiem sporej górce!)
  6. expo - krótka fotorelacja poniżej (no przecież każdy z Was pewnie był kiedyś na expo, to nie będę się rozpisywał):
0:00
/0:15

W dalszej części wycieczki po Valencii (plaża, port, kawałek starego miasta) towarzyszyły nam elementy pakietu startowego:

  • mleko w kartonie x2 (wcale nie lekkie)
  • izotonik x2
  • ziemniaki w paczce do gotowania x2
  • komosa ryżowa x2
  • orzeszki x2
  • numery startowe i te wszystkie nudne rzeczy związane z bieganiem, które znajdują się w każdym pakiecie (równieź x2)

To istotne, bo rzadko kiedy mleko w kartonie może zaliczyć taką wycieczkę! Jako że nie byliśmy na to gotowi (na dużą objętość pakietu; normalnie na ultra po odbiór pakietu idzie się z plecakiem, ponieważ zazwyczaj sprawdzają wtedy wymagane elementy ekwipunku, a w pakiecie jest duże nic), tak też wędrowaliśmy z tym wszystkim umieszczonym w oryginalnych, papierowych torbach. Jedna się zaraz rozdarła, więc "go figure" - 20 pozostałych km przerzucaliśmy się odpowiedzialnością i mlekiem w kartonie😃

Casa Carmela

Mój bardzo dobry znajomy, rodowity Hiszpan pochodzący z Galicii (to ta północno - zachodnia część Hiszpanii; nie mylić z południową częścią małopolski) a mieszkający na co dzień w Barcelonie, ROK przed zawodami powiedział mi:

Maciek, quan sigueu a València, heu d’anar sí o sí a Casa Caramela! És un dels restaurants més antics i hi serveixen una paella tradicional absolutament extraordinària i boníssima.

w tłumaczeniu to będzie:

Maciek, jak będziecie w Valencii, to koniecznie musicie iść do Casa Caramela! To jest jedna z najstarszych restauracji i podają absolutnie niezwykłe, przepyszne i tradycyjne paelle!

No i nie mogliśmy nie spróbować! Dużym minusem tego miejsca jest fakt, że obok "najstarsza i jedna z najbardziej tradycyjnych" stoi też "jedna z droższych" 🐼.

Wizytę w Casa Carmela trzeba rezerwować miesiące przed a wybrane potrawy z menu trzeba zamówić co najmniej kilka dni wcześniej!

No i teraz wyobraźcie sobie taką scenę. Restauracja "Ę-Ą" tuż przy plaży, na parkingu przed wejściem już mały tłum (oni codziennie mają full, otwierają od 13, ale w środku ogarniają całość już od rana), wybrani ludzie pod krawatem i w tradycyjnych ubraniach i MY. Tzn. Aga trzymała poziom i oczywiście była ubrana odpowiednio (minus siaty i torba z gratami z maratonu), ale ja byłem tradycyjnym jankesem w czapeczce JUTIEMBI, ciemnych okularach i krótkich spodniach! Tzn. miałem te doczepiane nogawki "jakby co" w torbie typu "kołczan sprawiedliwości" przewieszonej przez bark. Całe szczęście Valencia żyje tym maratonem, więc nie byliśmy jedyni ubrani w ten sposób - poza lokalsami (oni mieli akurat długi weekend!) pełno było przyjezdnych z każdego krańca świata i w butach każdej sportowej marki!

Podsumowując:

  • na odbiór pakietów warto wybrać się z większą torbą
  • tradycyjne jedzenie w lokalnej knajpie wraz z miejscowym winem na 2 dni przed maratonem to jest dyskusyjna sprawa, ALE na ultra robi się gorsze rzeczy!

Plaża i port

Casa Carmela znajduje się tuż przy plaży, więc do domu wracaliśmy oczywiście na nogach, zahaczając o port po drodze. Zamiast opisu - fotki:

I jeszcze kapkę więcej - zachód słońca też złapaliśmy!

Po całym dniu na pełnej lampie udaliśmy się na ładowanie węgli do tradycyjnej, włoskiej miejscówki:

To nie był idealny dzień regeneracyjny na 2 dni przed maratonem 😅Jednak - po pierwsze primo - już opisywałem w poprzedniej części, że w bieganiu niekoniecznie musi chodzić o wynik (to ten odzywający się pierwiastek ultrasa!):

Maratón Valencia dla początkujących, czyli zwiedzanie przez bieganie (część 2)
Jeśli trafiłeś/aś tu z przypadku i nie czytałeś/aś jeszcze pierwszej części, to polecam się tam udać najpierw (czyli teraz): Maratón Valencia dla początkujących, czyli bostońska napinka (część 1 z iluś)Tytuł może zaskakiwać, no bo przecież tyle lat już siedzę w tych sportach wytrzymałościowych i tak wiele dziwnych

a po drugie - w kontekście przygotowań, ostatnie 2 tygodnie przed zawodami i tak moje HRV poleciało na łeb, gdyż życie i robota dały znać o sobie (skomplikowane i nerwowe życie na dyżurze w robo):

więc zamiast walczyć ze sobą, po prostu zdecydowałem na "go with the flow", co w mojej sytuacji oznaczało łapanie tyle słońca, ile się tylko dało!

Podsumowując:

  • warto mieszkać niedaleko plaży; można oglądać ładne kolory na niebie w trakcie zachodu słońca (tylko, że ono zachodzi nad lądem, bo tak się wylosowało hehe); mimo wszystko zachód na tej plaży ma swój urok!

Czy Valencia jest ładnym miastem?

W idealnym planie maratończyka, dzień przed startem raczej się odpoczywa. Jednak jak wyślesz parę ultrasów z aparatem foto na południe Europy w grudniu, gdy w Krakowie słońce znika na całe tygodnie, to kończy się tak:

Sobota

No ale! Piątkowy maraton po mieście zakończyliśmy takim podsumowaniem, że w sumie to niewiele tego miasta zobaczyliśmy! No bo miejsce odbioru pakietów jest mało interesujące (obrzeża), plaża plus port to w każdym nadmorskim mieście są (nawet w Mielnie, lol), więc jakby nihil novi. Stąd pomysł na sobotę:

  1. idziemy na super śniadanie w takiej ekstra miejscówce obok, gdzie mają pyszne rzeczy w menu
  2. potem stare miasto
  3. a potem idziemy obejrzeć jak wygląda miejsce startu maratonu, bo podobno jest zajebiste!

No i teraz po kolei - miejscówka śniadaniowa była PEŁNA i nie dało się wejść. Byliśmy tam ze 30 minut po otwarciu. Całe szczęście ja już byłem po wstępnym śniadaniu (tym związanym z bieganiem), Aga natomiast, jak to prawdziwy ultras, żywi się powietrzem i nienawiścią do ludzi (uwaga, hermetyczny żarcik drwiący z nas, introwertyków), więc jakby brak tego punktu nam nie przeszkadzał. Gorzej, bo bez kawy (na którą bardzo liczyliśmy) szansa na rozwód rosła wykładniczo!

Stare miasto w Valencii zrobiło na nas (Krakusach) wrażenie. Tzn. "dupy nie urywa", to nie Barcelona czy Rzym, ale jest ładnie. Sami zobaczcie:

Niebrzydko, prawda? Focenie tego zajęło nam wieki i wyglądało mniej więcej tak:

Aga bardzo niechętnie chciała pozować; obczajcie np. te zajebiste drzwi poniżej! Ustawiłem się i mówię: "ej, idź normalnie i patrz przed siebie", a tu klasyczny unik przed obiektywem (wzdych):

Dodam jeszcze, że - klasycznie - świat jest bardzo mały, więc w samym centrum starego miasta spotkałem kumpla (pozdrawiam Łukasz!), który jest jedną z moich bardzo kluczowych motywacji maratońskich! Człowiek - legenda, który przeleciał już wszystkie klasyki maratońskie 😮❗Bądzcie jak Łukasz!

Po tym spotkaniu miała miejsca kawusia (ta z napisem "Strava"! polecamy - nie dla napisu, ale jest po prostu bardzo dobra) oraz wypożyczenie rowerów miejskich. Moje nogi były już absolutnie zniszczone ("w dupie"), więc - jak to na trajlonistę przystało - "to się rozjeździ" (pomysł oczywiście Agi, zresztą jak większość planowania, żebyśmy mieli jasność!).

Przez Valencię biegła kiedyś rzeka, ale już nie biegnie. Info historyczne z internetu (ciekawe!):

Historia koryta rzeki w Walencji (Turia) to opowieść o rzece, która przez wieki niszczyła miasto, aż po katastrofalnej powodzi w 1957 roku została przekierowana, a jej stare koryto zamieniono w ogromny zielony park, Jardín del Turia, będący dziś sercem rekreacyjnym Walencji. Po 1957 roku podjęto decyzję o zmianie biegu rzeki poza miasto, tworząc tzw. Południowe Koryto Obwodowe (Southern Solution), co pozwoliło na stworzenie unikalnego parku miejskiego z boiskami, skateparkami, ogrodami i futurystycznymi budowlami.

Z połączenia tych dwóch faktów (roweru i historii koryta rzeki) otrzymujemy kolejny zestaw fotek:

(ostatnia focia pokazuje Macieja w trakcie wstawania z krótkiej regeneracji nóg; tytuł roboczy: "o kurwa, moje plecy")

Podsumowując:

  • Valencia JEST ładna! Tylko trzeba wbić na stare miasto.
  • To stare koryto rzeki jest NIESAMOWITE! Ja głosuję za wywaleniem Wisły z Krakowa i zorganizowaniem czegoś podobnego 😅
  • Zamiast robić kilometry na nogach, to można rozważyć od razu jazdę rowerem; to może potem zaprofitować w trakcie biegu! Cennik Valenbisi z grudnia 2025 poniżej:

Plaça de la Marató

W tym usuniętym korycie rzeki znajduje się miejsce startu maratonu. Jest ono otoczone bardzo niecodzienną architekturą - szczena opada! Jest bezsprzecznie prześliczne i robi absolutnie gigantyczne wrażenie. Znów was zasypię fotkami, bo szkoda to opisywać słowami:

I jeszcze my:

Wieczór przed startem

Jeszcze nigdy nie przebiegłem maratonu miejskiego, ale jako ultras i trajlonista, ten wieczór przed startem wydawał się taki... prosty! No bo słuchajcie:

  1. nie startujesz ani o północy (MIUTy, Lavaredo i inne TransGranCanarie), ani o 5-6 nad ranem (trajlony górskie), co powoduje, że przez cały dzień poprzedzający na zmianę przepakowujesz rzeczy i udajesz, że śpisz / odpoczywasz
  2. nie ma problemu z logistycznymi szachami 3d! Typowy poranek przed Iconem (bardzo trudny trajlon w wymagających górach): "woda będzie miała plus 10 stopni, a na zewnątrz plus dwa i szron, na start mamy 2km pieszo, no to trzeba teraz zabrać rower, najlepiej iść na start już w założonej piance, pudło z rzeczami lepiej złożyć na płasko i zabrać pod pachę a graty wrzucić do 3 plecaków (byle pianka od plecaka się nie potargała!) i jeszcze rower, ale to światełka i Garmina trzeba schować do rękawiczek, żeby się bateryjki nie rozładowały przed startem; a i Marcin, to zaraz po starcie biegnij do auta i ustawiaj się od razu na rondzie, bo potem będzie korek i mnie nie złapiecie! A i wsadźcie mi zapasowe rękawiczki do tylnej kieszeni kamizelki (zawody w formie "self-support")"
  3. nie trzeba patrzeć do ostatniej chwili na komunikaty na temat "cold/hot weather kit requirements" jak na każdym ultra (info o dodatkowych, wymaganych rzeczach, które trzeba ze sobą zabrać na zawody); największy problem w maratonie miejskim, to chyba "ile żeli zabrać ze sobą", a nie, "ja pierdolę, ten plecak waży 8kg, a ja bym jeszcze soft-flaska dorzucił awaryjnego"!
  4. no i budzik ustawiasz na 6:45 (start o 8:45), a nie na 2-3-4 rano 😊

Co wcale nie oznacza, że ten wieczór jest bardzo prosty, bo jednak jest jedna wielka różnica - maratony się biegnie, a ultra to tak nie bardzo. To są jednak dwa zupełnie inne światy. Podstawowe pytanie, które mi ciągle majaczyło z tyłu głowy to:

no to jakim tempem to polecieć?
plan stref startowych w Valencii; one są GIGANTYCZNE!

Wydaje mi się, że to jest największa różnica między tymi zawodami. Wydaje mi się, że zdecydowana większość maratończyków rozważa ten problem do samego końca. Na ultra to jednak jest bliżej "dziś czuję się tak i tak, to ustawię się bliżej przodu i zobaczę później".

Co wcale nie oznacza, że planowanie maratonu jest proste. Wręcz przeciwnie - jest bardzo dużo zmiennych, które wpływają na to, jak się nam uda pobiec. Ekstra by było mieć je wcześniej wszystkie przetestowane, ale różnie to w życiu bywa, prawda? W treningu do maratonu rzadko kiedy biegnie się cały dystans maratonu, ba, rzadko kiedy biegnie się więcej niż 3/4! Skąd więc człowiek ma wiedzieć, jak się organizm zachowa, co zadziała a co nie? Najfajniej mieć doświadczenie w bieganiu maratonów, prawda? A co, gdy się leci ten pierwszy? Tyle pytań!

  1. lecieć w carbonach czy nie? ja to rozważałem do ostatniej chwili (o czym w relacji z biegu poniżej)
  2. a ta kadencja, to dam rady utrzymać wyższą niż zazwyczaj? (w moim przypadku, jeśli bym biegł w carbonach, to zakładałem wyższą kadencję, żeby nie rozwalić nóg w połowie biegu)
  3. a tych żeli to wystarczy? z jedzeniem to w ogóle jest padaka, bo na ultra to po prostu jesz i starasz się, aby nie było za ciężkostrawnie; w maratonie, zakładając, że chcesz biec średnio / mocno, to istotne jest to, co jadłeś i 2 dni temu (tempówki na strączkach, umarłbym!) a śniadanie w dniu biegu to już w ogóle klucz!
  4. smarowanie całego człowieka przeciw otarciom jest takie samo i tu, i tu :D na trajlonie jest inne, bo nie ma sensu się tak smarować, bo i tak woda zmyje; ja się np. smaruję "na bieganie" dopiero w T2 (druga strefa zmian, z roweru na bieg)

Podsumowując:

  • to nie jest dobry moment na eksperymenty - wszystko (buty, żele, smarowanie, ubranie) powinniśmy mieć już wytestowane na tygodnie przed (!); ja eksperymentowałem, ale mam również ponad 12 lat doświadczenia w tych sportach długodystansowych, więc poniekąd wiem, na co sobie mogę pozwolić i jakie ryzyka są akceptowalne, plus zawsze mam plan B!
  • na tym etapie dobrze jest już mieć pojęcie na temat tego, jakim tempem będziemy biec; tak mniej więcej, bo to i tak się wyjaśni na pierwszych 10 kilometrach biegu (o tym zaraz, w dalszej części posta)
  • na wieczór przed startem mam taką zasadę (również na ultra) - ubieram się w pełny zestaw dokładnie tak, jakbym miał wyjść w danej chwili na zawody. Następnie zastanawiam się, czy na pewno mam wszystko na sobie i czy niczego nie brakuje. Potem przechadzam się po domu i upewniam się, że to wszystko ze sobą gra (tak po raz ostatni, i robię to zawsze, pomimo że najpewniej w tym zestawie biegałem już wiele razy). A następnie wszystko to zdejmuje z siebie i wieszam na krzesło. Grunt, aby to wszystko znajdowało się w obrębie jednego miejsca (np. tego właśnie krzesła). Dzięki temu rano przed startem nie trzeba myśleć o niczym innym jak "załóż na siebie wszystko, co leży na tym krześle".

Poranek przed startem

Pobudka 6:45, jako że start o 8:45. Śniadanie takie samo jak przed każdym długim biegiem w ostatnich 3 miesiącach: jogurt naturalny 0%, muesli 30 g + granola 40 g, banan, 5 g kreatyny, 20 g białka, kawa czarna i sok pomarańczowy. Tu bez zmian.

pełny outfit

Ubranie przygotowane wieczór wcześniej. Zasadniczo wszystko mam wytestowane, poza butami (hehe), bo biegłem w nich jednorazowo max 10 km (szybkie startówki, Saucony Endorphin Pro 3; przeleciałem w nich już ponad 200 km jednak więc to nie tak, że nie znam tego buta - po prostu nie wiem, jak się w nim noga zachowa na dystansie). Moja strategia treningowa polega na tym, że w carbonach biegam rzadko i raczej głównie mocniejsze treningi interwałowe, a dłuższe wybiegania jednak w kapciach (Hoka Clifton). Ale żeby nie było, to ze 2-3 razy leciałem w weekend 20 km+ w carbonach, tylko nie tych 😃 (Saucony Kinvara Pro). To taka "krakoska oszczędność", nie pytajcie ;-)

Hitem były skarpety, bo żadne z tych, które posiadałem, nie pasowały mi. Trzy miesiące szukałem sobie dobrej pary i nic z tego - zawsze coś mnie denerwowało. Najpewniej dlatego, że "krakoskim targiem" poszukiwania ograniczyłem do "tanio i dużo". W związku z czym, na expo przed startem zakupiłem parę pro skarpet (w pro cenie), które wydawały się zajebiste! Nie polecam oczywiście takiej strategii, jednak ja mam w niej doświadczenie i przy kilku założeniach, zazwyczaj później nie żałuję (hitem było zabrania na Norsemana pianki, w której nigdy wcześniej nie pływałem! jednocześnie, była to nowsza wersja takiej, w której latałem od 3 lat, więc jakby ryzyko było znacznie mniejsze, plus starą miałem ze sobą i tą nową wytestowałem na dzień przed startem).
Więcej grzechów nie popełniłem.

Spacer na start był absolutnie urokliwy. Miasto jeszcze spało, natomiast było już pełne osób, które udawały się pieszo na start. Po lewej wschodziło słońce, a niebo płonęło (dosłownie) czerwono - różowymi kolorami - kosmos! Jak ja wtedy żałowałem, że nie mam aparatu porządnego!

Do strefy startowej mieliśmy około 40 minut spacerem - mniej więcej 3 km. Czytałem wcześniej, że poranek w Valencii przed tym startem bywa zimny (6-10 stopni), i, że warto ubrać się ciepło przed startem, i zostawić te grubsze warstwy albo w depozycie, albo w kontenerach na ubrania. Bardzo mi się podobał pomysł zabrania z Krakowa kilku dresów, których już nie używam, założenia ich przed startem, a potem wrzucenia do kontenera.

Po czym zapomniałem o tym, aby je zabrać 😀Ta piękna, pomarańczowa bluza Adidasa na zdjęciach, to wynik szybkich zakupów wieczór przed startem! Polecieliśmy z Agą... na ciucha! Kosztowała jakieś 3-5 EUR i BARDZO mi było żal się z nią rozstać. Siadła mi idealnie i jakby na mnie tam czekała (wzdych)! Aga natomiast, jak na prawdziwego ultrasa przystało, zabrała ze sobą bardzo cienką kurtkę, którą po prostu zmieściła do paska biegowego.

Podsumowując:

  1. rozważ zabranie ze sobą dresów na start (minimum bluza; ja miałem jeszcze spodnie, ale aby je ściągnąć to musiałbym również zdjąć buty, a tego bardzo nie chciałem robić)
  2. alternatywnie, ogarnij sobie już przy rejestracji opcję zostawienia/odebrania depozytu; kolejki są niewielkie (~10 min na pozostawienie) i spokojnie to ogarniesz; podobno między depozytem a strefami jeździ jakiś bus, bo to kawałek (1-2km, zależy od strefy)

Wahadełko Macieja

Zanim przeniesiemy się na start, to chciałem wam jeszcze wyjaśnić, w jaki sposób wybierałem tempo biegu. Bo to nie jest tak, że stajesz na starcie, ślinisz palec, podnosisz go do góry sprawdzając kierunek wiatru, i stwierdzasz: "- dziś 4:37/km". No tak to nie 😄Podobnie - ciężko na tydzień przed maratonem stwierdzić, że "no bankowo będzie tempo A:B:C", ponieważ w ciągu tego tygodnia, to jeszcze wiele się może zmienić! Nie powinno, jak się dobrze ogarnia i jest się kumatym itd, to raczej z góry wiadomo, na co nas stać. Jednak życie nam potrafi tak czasem rzucić kłody pod nogi, że na starcie staje trochę inny człowiek, niż na długim wybieganiu 2 tygodnie wcześniej, kiedy to wszystko wydawało się idealne. Działa to też w drugą stronę - czasem zaczynasz biec i po 20 km czujesz, że ciągle jest ogień i ciągle można przyspieszać!

W głowie widziałem to tak - miałem swoje "tempo roszczeniowe" (4:37/km, czyli czas 3:15), "tempo normalne" (4:55/km, czyli deczko poniżej 3:30) oraz "o ja pierdolę, ale się dziś źle biegnie" (5:15/km, koło 3:45). Do tego dorzuciłem, co Garmin twierdził (3:28) oraz co Strava mi mówiła (3:47) i w głowie wyszło mi coś takiego (LLM-generated):

I to wahadełko miałem w głowie przez dobrych kilka miesięcy, podczas których powoli przygotowywałem się do startu. Zakres się nie zmieniał - przez cały ten okres przygotowawczy miałem w głowie to, że jedyne co się ustali, to ta strzałka. Gdzieś pomiędzy powyższymi granicami. 4:37/km wziąłem sobie stąd, że dłuższe wybiegania (20 km+) robiłem w tempach w okolicach 4:35/km, więc tak roszczeniowo i na ewentualny "dzień konia" tutaj sobie postawiłem kreskę - trzeba mieć fantazję, co nie? Z drugiej strony, te momenty w okresie treningowym, gdy mi się biegało najgorzej, to właśnie w okolicy 5:15/km - no to tam postawiłem drugą kreskę.

Po co mi to? Żeby pozbyć się z głowy jakichkolwiek oczekiwań, równocześnie oswajając się, z tym że każdy z tych wyników jest tak samo możliwy. Niektórym takie coś może się wydawać dziwne, jednak dla mojego typu osoby (no mam pewne ciśnienie na wynik, oraz historię głupich kontuzji) wydawało się zbawienne. Oswoiłem się z każdym z możliwych wyników, wiedziałem, że na ten "roszczeniowy" musi się złożyć bardzo wiele optymistycznych wariantów i tyle! I z każdym dniem bliżej startu powoli dochodziłem do wniosku, że najbliższy scenariusz to... (no przecież wam teraz nie napiszę!)

3..2..1... siku!

Startowaliśmy z różnych stref startowych, więc rozstaliśmy się ze sobą gdzieś między nimi. Jak to zazwyczaj bywa, najważniejsze przed startem to odwiedzić toj-toja 😁Plusem organizacyjnym jest to, że kibelków jest bardzo dużo wszędzie. Minusem jest fakt, że ludzi jest absolutne morze (35-40k). Nie ma takiej liczby toj-tojów, która by to obsłużyła! A za sikanie poza budkami groziła natychmiastowa dyskwalifikacja!

Strefy startowe są odgrodzone między sobą oraz od świata zewnętrznego siatką. Na wejściu do stref stoją ludzie, którzy sprawdzają numery startowe. Nie wolno wejść do nie swojej strefy. Jeszcze raz przypomnienie, jak to wygląda:

W każdej strefie startowej jest masa toj-tojów. Życie w strefie startowej składa się ze stania w kolejce do toj-toja. W tej kolejce ludzie jedli, pili, rozgrzewali się oraz rozmawiali ze sobą. Kolejki były GIGANTYCZNE.

Na 15 min przed startem, koło 8:30, mój szacunek na moją kolej w toj-toju wskazywał na 9:03. Przede mną było jeszcze miliard ludzi. Zacząłem się więc rozglądać. Zauważyłem, że męska część tych kolejek rozpoczęła żwawe wycieczki za toj-toje, do lokalnego parku - ku uciesze żeńskiej części, bo kolejki drastycznie zaczęły maleć. Ja wybrałem opcję C, czyli zrezygnowałem z tej kolejki, a idąc dalej w kierunku startu, już na kilka minut przed samy startem, znalazłem nieokupowane toj-toje, uff! (potem w trakcie zawodów toj-toje są ustawione przy praktycznie każdym punkcie z wodą).

Minuty przed startem wyglądały tak, że strefy zostały otwarte między sobą i ludzie zaczęli spokojnie wędrować do przodu. Oznacza to tyle, że jeśli znajdujesz się w jednej strefie, ale chcesz "przeskoczyć" do innej, sąsiadującej, to raczej da się to zrobić właśnie w tym momencie. To istotna wiedza, bo zapisy do stref realizuje się na tygodnie/miesiące przed startem maratonu (online), a po drodze jeszcze wiele się może przecież zmienić! Schemat stref w przybliżeniu (z maila) - jak widzicie, ja w chwili rejestracji, na rok przed startem, ustawiłem się w mocno dla mnie roszczeniowej strefie fioletowej:

No i też jest to ten moment, gdy można zrzucić z siebie ubranie i wrzucić je do kontenera, albo powiesić na ogrodzeniu. Przenieśmy się na moment do mojej strefy:

0:00
/0:07

strefy otwarte, idziemy do przodu, w kierunku startu

0:00
/0:11

wystawka zrzuconych ubrań

0:00
/0:04

i już czekamy na start!

Start!

Przyznam, że nie zarejestrowałem momentu rozpoczęcia. To wyglądało tak, że staliśmy sobie (jak na powyższym nagraniu) i gdzieś tam z przodu widać było, jak daleko-daleko ludzie zaczynają truchtać. Moment później już szliśmy spokojnym krokiem, a chwilę później już truchtaliśmy. Nie wiem, kiedy przebiegliśmy linię startu, ani gdzie się dokładnie znajdowała 😀

0:00
/0:10

tu już lecimy tym znanym mostem, który przebiega nad dawnym korytem rzeki - tuż za linią startu

W tym miejscu wydarzyło się kilka rzeczy:

  1. włączyłem Garmina; nie miałem pojęcia, czy "już biegniemy", czy "zaraz zaczniemy", więc o tak go włączyłem, jakby co ;-)
  2. przypomniałem sobie, że miałem włączyć muzykę - o kurcze! A to bardzo ważny punkt, ponieważ po decyzji, że jednak lecę w carbonach, to potrzebowałem muzyki na dokładnie 90 rpm, żeby trzymać równo wyższą kadencję (pomaga mi ona skrócić krok i nie robić "overstride", dzięki czemu noga jest lekka i technika biegu nie kuleje, a co za tym idzie - wiele przykrych problemów znika - jak np. ból pleców, achillesa, stóp itd); muzykę mam w zegarku (żeby nie rozładowywać telefonu), więc chwilkę to trwało, zanim się doklikałem do playlisty; co ciekawe - wybrałem przypadkiem złą, o nazwie "80-90 rpm", czyli taką, ze zmiennym rytmem

Jak teraz patrzę na nagrania, to możliwe, że jednak mam nagraną tę linię startu! Sami zobaczcie:

0:00
/0:11

Pierwsze 10 km

Strategię na ten bieg omówiłem z trenerem Piotrem dzień wcześniej. Tzn. kilka razy już o tym rozmawialiśmy, ale wiecie, nigdy nie wiadomo, co będzie się działo przed samym startem:

Do 8 km spokojnie

Pierwszy kilometr poleciałem razem z grupą więc, aby zobaczyć, jak to idzie. Byłem pod koniec strefy 3:12-3:20, więc wydawałoby się, że polecimy co najmniej 4:45/km (tempo na 3:20), a tu zdziwko - lecieliśmy go w 4:52/km. Niby niewielka różnica, ale po 40 km to różnie bywa i te 7 s to potrafi zrobić różnicę! No ale nie pchałem się i te kilometry kształtowały się tak:

Co istotne - leciałem "swoje, spokojnie". Zupełnie na wyczucie - tak, aby nic nie kombinować i po prostu czuć się luźno, jak na spokojniejszym wybieganiu. To jest ważne na maratonie, bo w drugiej połowie robi się ciężko. Dodatkowo nastawialiśmy się na chłodny start (bo w Valencii o tej porze jest zazwyczaj 8-12 stopni), a my mieliśmy już.. 16! Od samego początku dzień był bardzo ciepły i czuć było wilgoć w powietrzu. Czyli Wahadełko Macieja aktualnie wskazywało na tempo mniej więcej 4:55/km. Tzn. takie było komfortowe i na razie czekałem, jak się sytuacja dalej rozwinie. Tętno stabilnie w okolicach połowy 2 strefy, temperatura niestety powoli do góry.

okolice 7 km

Na jakieś 500 m przed 5 km pojawił się wielki znak informujący o tym, że zaraz będzie punkt z wodą i izo. Ja w tym miejscu wyjąłem od razu żela i go zacząłem spokojnie jeść w biegu. Te 500 m to jest kawał drogi, więc na luzie jest na to czas. Co istotne - ja tego elementu w ogóle nie trenowałem. W trakcie długich wybiegań weekendowych to najczęściej po prostu przechodziłem sobie do marszu na moment, gdy jadłem i piłem. Na zawodach to jednak nie stanowi wielkiego problemu.

Po zjedzeniu, opakowanie po żelu można wrzucić do wielkiego pojemnika, lub (tak jak w moim przypadku), podrzucić na "stolik prosów". Te stoliki, to po prostu stanowiska oznaczone numerami biegaczy z kategorii pro, na których oni mają ustawione swoje punkty żywieniowe. Jako, że oni biegli przed nami, na samym początku, to te stoliki były już puste. Sporo więc miejsca na pozostawienie opakowania po żelu.

Punkt z wodą był długi (kilkaset metrów!), szeroki i dwustronny. Podawano na nim wodę w małych (250 ml?), plastikowych butelkach, które były bardzo elastyczne. Dzięki temu można było spokojnie pić bez żadnych problemów - ja sobie przytykałem dzióbek i po prostu lałem sobie po plecach i przedramionach, i trochę piłem. Bardzo wygodne! Butelkę wyrzucało się albo na punkcie, albo kawałek za nim - było wiele pojemników przeznaczonych do tego. Przyznawałem sobie wirtualny order za każdym razem, gdy trafiłem bezpośrednio, i pół orderu, gdy trafiłem "od tablicy" (pokrywy pojemnika) 😀 A i jeszcze jedno - na punktach z wodą można było przemoczyć buty! Ludzie tak się wodą oblewali (upał), że na ziemi robiły się spore kałuże.

Jeszcze zamykając temat punktów z wodą i polewania się nią - warto przemyśleć, jak będziemy wyglądać "od tyłu" i "na mokro". Czego się tam naoglądałem w ciągu tych zawodów, to już nie odzobaczę - ale wam oszczędzę!

Podsumowując:

  • początek bardzo spokojnie, wolniej, niż "luźno"
  • ubrania mokre potrafią być zupełnie przeźroczyste
  • nie trzeba trenować picia i jedzenia w biegu; najwyżej przejdziesz do marszu na kilkanaście sekund, to nic nie zmienia

Paella strikes back! 11-20 km

Obiecałem sobie, że spróbuję się odpalić. Owe "odpalanie" miało polegać na tym, że po ósmym kilometrze spróbuję polecieć deczko szybciej i zobaczymy, jak to dziś wygląda. Z Piotrkiem ustalaliśmy, że:

potem staraj się złapać komfortowe tempo i pilnować żywienia

więc stwierdziłem, że ja tu po prostu "badam granice i możliwości dnia" 😄

Miało to miejsce po 9 kilometrze. Spróbowałem. Paella wróciła w postaci kolki. Walczyłem z nią przez moment, z nadzieją, że przejdzie. Nic z tego. Nie poddawałem się - zmieniłem strategię na "to się rozbiega" i przez całe 10 km na zmianę starałem się polecieć 1 km szybciej, a jeden spokojniej, aż mi się przestanie pojawiać kolka. I wiecie co?

Po 20 - tym kilometrze powiedziałem sobie, że pierdolę taką robotę 😅Za każdy razem, gdy przyspieszałem, to minuta-dwie i kolka uderzała z powrotem. Potem kolejny kilometr ją uspokajałem. A to nawet nie było jakoś "pod progiem" (tętna, LT), tylko tak w strefie tempa. Możliwe, że to też był wpływ upału, bo robiło się nieznośnie ciepło.

Podsumowując:

  • nie warto zaczynać fikać w tym momencie, to jeszcze za wcześnie
  • ... ale warto zrobić sobie test i zobaczyć, jak się organizm czuje na deczko szybszym tempie
  • i wycofać się zaraz później, jeśli jednak nie idzie to w dobrym kierunku
  • a Paella 2 dni przed startem może ciągle mieć sens! najwyżej wynik będzie o kilka minut gorszy - dla mnie to było zupełnie ok, w końcu nie ścigałem się o złote gacie, a w efekcie zamiast być na miejscu 11876 to byłem na 12234 (liczby z dupy), wielka mi różnica!

20-30 km

Z ustaleń z Piotrkiem:

z nastawieniem, że do 28-32 km fajnie mieć kontrolę

Biorąc pod uwagę, że kolka dała mi popalić, tak też wróciłem do tempa, w którym nie działo się nic złego i stwierdziłem, że po prostu polecę nim do końca. Nie było sensu już fikać, a poza tym, na horyzoncie pojawiała się ta legendarna, maratońska ściana na 30 km i upał, który już się dawał we znaki. Czyli - im dalej, tym gorzej.

Ja jednak lubię zaskakiwać siebie i pierwszy kryzys mentalny przyszedł mi lekko po 20 km. Gdzieś na tym etapie ten bieg zamienił się w moim odczuciu - przestało to być "fajne bieganie", a zaczęła się "typowa robota". Spotęgowana słońcem awansowała do miana "rzeźbienia w ***&". Dodatkowo, gdy rozmawialiśmy z Agą, to doszliśmy do wniosku, że "jeśli się wycofywać z zawodów to w okolicach 23 km, bo to blisko domu" 😄 I powiem wam, że TAK mnie kusiło, aby się zatrzymać i po prostu zejść z trasy. Na ultra w takich momentach zawieszasz wzrok na pięknych dolinach czy szczytach albo myślisz o pomidorówce, czy innych pysznościach, które będą na punkcie. A na takim maratonie to najwyżej jest hałas, bo co kilka kilometrów ktoś napierdala ci w uszy bębnami tak, że głowa boli! (poważnie, to był jeden z elementów, który jako jedyny mnie faktycznie męczył i wykańczał - OGROMNY hałas).

No i to był moment, gdy przypomniałem sobie, że całe to bieganie maratonów polega na kontrolowaniu techniki, samopoczucia, tętna i tempa (w tej kolejności w mojej filozofii biegania). Poprawiłem więc krok i siebie, powiedziałem sobie "Maciek ogarnij się", sprawdziłem tętno (nisko) i tempo (tak samo) i biegłem dalej. Noga w sumie sama biegła, więc jedyne co musiałem, to pilnować się, żeby się nic nie zepsuło.

Kilometry leciały raczej równo:

Na punktach woda, czasem izo, no i żel. Strategię żelową miałem taką, że co 5 km zjadam SISa ioztonicznego i popijam go izo, a co 10 tego czarnego SISa BetaFuel i popijam go wodą (bo on ma taki stosunek cukrów, że lepiej nie ryzykować popijania izo, jak się tego nie ma wytrenowanego). I to wszystko pięknie działało. Żele miałem w pasie biegowym (mam taki elastyczny, oczywiście na biegi ultra, ale nikt tego nie sprawdza i można w nim też latać miejskie maratony 😃).

Podsumowując:

  • dobrze jest umieć kontrolować swój bieg bez patrzenia na zegarek - czyli na odczucie
  • warto być przygotowanym mentalnie na więcej niż jeden kryzys
  • w mojej subiektywnej opinii, carbony powyżej 5 min/km nic mi nie dają; byłem na granicy tego tempa; jednak moje carbony są ultraprzewiewne, więc w połączeniu z ultraprzewiewnymi skarpetami, w tym upale ten duet uratował mi stopy!

30-40 km

a potem po prostu będzie bardziej boleć [...] Mindset ultra i po prostu rób swoje

Tyle zapamiętałem z ustaleń z Piotrkiem. I od 30 kilometra czekałem, aż jebnie. Pamiętajcie - ja w życiu nie przebiegłem cięgiem więcej niż 25-28km! Zdarzały się chore dystanse po górach, ale to jest zupełnie inna para kaloszy - w górach nie biegniesz cały czas, w sumie to czasowo patrząc, biegu jest mniej niż marszu (bo np. pod górę wchodzisz czasowo dłużej, niż zbiegasz w dół). Na tym etapie nie miałem pojęcia, co będzie dalej w kontekście biegowym.

Upał był koszmarny, termometry na ulicy pokazywały już 29 stopni. Ja tam mam taką niepopularną opinię, że jak ktoś jest w miarę wytrenowany, to upał mu niegroźny. Tylko że to się tyczy zawodów, gdzie się nie nagina na tempo! W upale tempo po prostu spada, lub raczej, tętno rośnie. Więc odczuwalnie, na tym samym tętnie to tempo właśnie spada. Ja leciałem na mniej więcej 159 bpm, a popatrzcie, jak to wyglądało przez te 10 km. Jebło od 33-ciego i poprawiło się za punktem z wodą, na którym zrobiłem sobie zimny prysznic z kilku butelek! Ale przed finiszem już nie wróciło na te 4:55/km:

Dodam, że mniej więcej od 30 kilometra, jak w zegarku, zaczęło się pojawiać sporo ludzi maszerujących. Bardzo sporo. Miejscami szli całymi grupami. Mijając ich cieszyłem się, że jednak ta kolka mnie zahaltowała, bo jakbym pobiegł deczko szybciej wtedy między 10 a 20 kilometrem, to słońce mogłoby mnie skasować dużo bardziej (dużo wyższe tętno) i skończyłbym jak oni. To nie była temperatura na szybkie bieganie (oczywiście relatywnie).

I jeszcze słit focia, jak wygląda człowiek na 38 km:

Podsumowując:

  • gdy na początku biegu zanosi się na upał, to lepiej przesunąć wahadełko w kierunku luźniejszego biegania; te pierwsze 10 km powinno podpowiedzieć, czego się spodziewać w dalszej części trasy
  • i tak będzie ściana, co najwyżej w głowie i nie wpłynie na tempo; warto się z tym liczyć
  • przejście do marszobiegu na tym etapie może być najmądrzejszą rzeczą; mijałem też sporo osób, dla których to już był "game over"; oczywiście - najpewniej lecieli na wynik, życiówkę czy coś i wliczali taki koniec w ryzyko, ja jednak jestem zdania, że szkoda zdrowia na takie rzeczy i lepiej odpuścić - mamy całe życie na bieganie maratonów! (pod warunkiem, że damy sobie szansę i wiemy, kiedy powiedzieć "dość")

Finish

Ostatnie metry wyglądały temperaturowo tak:

31 stopni - dobrze widzicie (temperatura z garmina na ręce; jednak zgadzała się z tą podaną na zewnątrz!). A miało być 16 stopni na mecie, bo to Valencia z początkiem grudnia - maraton znany z tego, że trasa jest płaska, szybka i chłodna, więc biega się świetnie! 😀

I jeszcze jedna sprawa miała tutaj miejsce. Zupełnie nie kontrolowałem tych kilometrów na zegarku. Na trasie co kilka km pojawiała się informacja o tym, ile zostało do końca (czy też, ile już przebiegliśmy), ale nie zwracałem na to jakoś wybitnie uwagi. Po prostu zegarek mi pikał co 1 km, ja sobie sprawdzałem na nim tempo i tyle.

Tuż przed metą zorientowałem się, że coś nie gra. Zegarek mi piknął 42 km, ale znak pokazywał, że do mety zostało jeszcze 1000 m! Niby nic, ale jak tak spojrzałem, to wyglądało na to, że może być ciasno z tym "3:30" na mecie. No i trochę przyspieszyłem, bo co prawda nie bawię się w te takie "sub-cośtam", ale fajnie mieć taki równy czas, co nie?

Zanim jednak finish, to najpierw trzeba przebiec przez całe tłumy ludzi! W sumie to o tym nie pisałem jeszcze - na zdecydowanej większości trasy byli kibice - miejscami w gigantycznej liczbie! Przy mecie to było prawdziwe morze ludzi - na pełnym słońcu, w tym sakramenckim upale - niesamowite!

Finish wygląda tak, że zbiega się z głównej ulicy, wbiega się w dół do tego starego koryta rzeki (specjalną platformą) i potem się sunie szerokim, niebieskim dywanem do samej mety. Wrzawa jest tam niesamowita - nie słychać swoich myśli. Praktycznie wszyscy naokoło zaczynają przyspieszać!

Wbiegłem na metę. Zegarek pokazał:

Oficjalnie jednak wyszło 3:30:31:

To najpewniej różnica pomiędzy tym, gdy z marszu przeszliśmy do truchtu i mną, włączającym Garmina w międzyczasie. Czyli, że warto się zorientować na starcie, gdzie ten zegarek piknąć, żeby nie było zdziwienia później! Na ultra to normalka, że trasa się rozjeżdża o 3-4-8 km, więc byłem na to gotowy 😅

Po przebiegnięciu mety zaraz mi zadzwonił telefon - to Aga! Dzwoniła do mnie z trasy swojego maratonu, żeby pogratulować! Prawdziwy ultras - supporter ❤️

Podsumowując:

  • w kwestii dobrej fotki z mety - w mojej opinii nie ma sensu prosić kogoś o zdjęcie, a po prostu lepiej je kupić od tych fotografów, co są tam zatrudnieni (po zawodach dostaje się maila i można kupić sobie fotkę czy cały zestaw); już wyjaśniam (pamiętajcie, że jestem fotografem a jedną z moich specjalizacji jest właśnie fotografowanie sportu) - w okolicy mety odległość kibiców od trasy biegowej jest duża; to wymaga długiego obiektywu (na oko 120 mm minimum, myślę, że 200 mm byłoby lepsze), aby było cokolwiek widać; to jest kawał szkła, którego raczej nikt na wycieczkę do miasta w taki tłum nie zabiera, bo ryzyko uszkodzenia jest niemałe! A koszt kupna gotowej fotki to kilkanaście euro, gdzie możemy podejrzeć ją wcześniej i wybrać z kilkudziesięciu te, które nam odpowiadają. Dodatkowo fotograf musi mieć dobre miejsce, którego tam po prostu nie ma dostępnego dla kibiców!
  • jeśli chcecie, aby ta fotka z mety (ta, co się ją kupuje) była dobra i ładna, to na finishu starajcie się tak podziałać, aby pozostawić trochę wolnego miejsca z przodu; ja delikatnie odpuściłem tempo, aby przepuścić typka z flagą, którą wyjął z kieszeni i rozwinął ją na całą szerokość ramion na 200 m przed metą i zasłaniał ją absolutnie wszystkich za sobą! Chodzi o to, że zdjęcia z mety fotografowie robią często na długiej ogniskowej (z daleka), więc każda osoba z przodu będzie BARDZO przeszkadzała i zasłaniała was - fizyki (perspektywy) nie oszukasz!
  • jeśli jesteście tutaj na wycieczce z rodziną i jeśli jest taki upał jak my mieliśmy, to w mojej opinii nie ma sensu ich prosić, aby się pchali na metę; linia finishu i cała okolica są absolutnie zaprane ludźmi - jest giga tłok! a 200 m dalej jest bardzo przyjemny park (pamiętajcie - ciągle jesteście w starym korycie rzeki), gdzie można spokojnie czilować, leżeć na trawie w cieniu drzew i cieszyć się nic nierobieniem oraz śledzeniem pozycji swojego człowieka na mapie
  • rozjazd dystansu między zegarkiem a trasą jest normalny; drift GPSa to zupełnie codzienna rzecz i nie ma opcji, aby w mieście, w starcie w ruchu, nie było jakiegoś rozjazdu; więc jeśli ci zależy na dokładności, to trzeba patrzeć na znaki na trasie, które wskazują, na którym kilometrze jesteśmy, i synchronizować je w głowie z dystansem w zegarku

Za metą

Strefa mety jest jak dobrze przemyślana hala produkcyjna. Dostajesz medal, butelkę z wodą i kierunek, gdzie iść. Najlepiej od razu iść. Samojebka jest dozwolona:

Ja udałem się dalej i w zacienionym miejscu zdecydowałem się usiąść. Jako że dostępna była tylko ziemia, tak też postanowiłem, że jednak tak trochę się położę, opierając się o ścianę.

To był błąd.

Po około 20 minutach zaczęło mi być BARDZO zimno. Chciałem wstać, aby pójść się zagrzać w słońcu (tym okrutnym, upalnym, z którego dopiero uciekłem), ale nie dałem rady! Skurcze w dwójkach (uda z tyłu) przyspawały mnie do ziemi! Chwilę mi zajęło, zanim udało się z nimi coś zrobić i jakoś się przewrócić na brzuch, i wstać od strony kolan. Ale jaja! Różne miałem akcje z nogami po zawodach, ale nigdy tak gwałtownie.

Poszedłem dalej, na wielki plac, gdzie można było spokojnie, na słońcu, czekać na resztę swoich ludzi. Miał tu miejsce zabawny incydent z przypadkową kradzieżą, który opisałem w drugiej części tej serii:

Maratón Valencia dla początkujących, czyli zwiedzanie przez bieganie (część 2)
Jeśli trafiłeś/aś tu z przypadku i nie czytałeś/aś jeszcze pierwszej części, to polecam się tam udać najpierw (czyli teraz): Maratón Valencia dla początkujących, czyli bostońska napinka (część 1 z iluś)Tytuł może zaskakiwać, no bo przecież tyle lat już siedzę w tych sportach wytrzymałościowych i tak wiele dziwnych

Aga zaraz przybiegła, pocykaliśmy fotki, ponarzekaliśmy na to, jaki jest upał i udaliśmy się już pieszo do domu:

Podsumowanie:

  • jeśli chcecie ładną fotkę na mecie, to warto ją kupić, ale trzeba zadbać o to, aby fotograf miał szansę was dobrze sfotografować
  • jeśli ktoś was częściowo zasłania albo wchodzi w kadr, to pamiętajcie, że ChatGPT może dać rady wyciąć niechciane elementy; ew. ktoś z grona znajomych, kto ogarnia i używa photoshopa czy lightrooma
  • nie siadajcie za metą na ziemi 😄
  • siódme: "nie kradnij" XDDD

Zakończenie

Jeśli udało ci się dotrzeć aż tutaj, to moje wielkie gratulacje i podziękowania! Jeśli jeszcze nie masz maratonu na swoim koncie, ale rozważasz / masz w planach, to właśnie przeczytanie tego tekstu do końca jest najlepszym dowodem na to, że masz ten najbardziej wymagany element maratończyka - mocną głowę i psychę! 😀 Cała reszta to tylko trening - to ta najprostsza część!

Powodzenia, czuwaj i do zobaczenia gdzieś!

PS: to jest chyba ostatni wpis z tej serii. Poniżej zamieszczam link do pierwszego odcinka (jakby co!)

PS2: jeśli zainteresowała cię ta historia, to jest to tylko część (początek) pięknej przygody związanej z moją drogą do maratonu w Bostonie; będę ją opisywał w następnych postach tutaj na blogu

Maratón Valencia dla początkujących, czyli bostońska napinka (część 1 z iluś)
Tytuł może zaskakiwać, no bo przecież tyle lat już siedzę w tych sportach wytrzymałościowych i tak wiele dziwnych trajlonów czy biegów po górach wpadło, że mogłoby się wydawać, że “no Maciek, jak to, pierwszy maraton?”. No to jest dość proste - praktycznie żaden z tych wszystkich biegów czy trajlonów nie

Aaa i byłbym zapomniał! "Strava or it didn't happen!"

Maciej Lasyk zdjęcie profilowe Maciej Lasyk
"Flat is boring" to moje motto, choć nie przeszkadza mi to klepać asfaltów od czasu do czasu. Lubię fotografować, podjeźdać (i zjeżdżać), podbiegać (ale bardziej zbiegać!) i pływać po ładnych jeziorach. Uwielbiam marszobiegi w ładnych górach <3