Maciej Lasyk zdjęcie profilowe Maciej Lasyk

Maratón Valencia dla początkujących, czyli zwiedzanie przez bieganie (część 2)

Maratón Valencia dla początkujących, czyli zwiedzanie przez bieganie (część 2)

Jeśli trafiłeś/aś tu z przypadku i nie czytałeś/aś jeszcze pierwszej części, to polecam się tam udać najpierw (czyli teraz):

Maratón Valencia dla początkujących, czyli bostońska napinka (część 1 z iluś)
Tytuł może zaskakiwać, no bo przecież tyle lat już siedzę w tych sportach wytrzymałościowych i tak wiele dziwnych trajlonów czy biegów po górach wpadło, że mogłoby się wydawać, że “no Maciek, jak to, pierwszy maraton?”. No to jest dość proste - praktycznie żaden z tych wszystkich biegów czy trajlonów nie

Znacie pewnie to znane powiedzenie Józefa Tischnera:

"Są trzy prawdy – prawda, półprawda i gówno prawda"

Jak myślicie, do której grupy należy twierdzenie, że "no warto na maratony jeździć, bo można miasta pozwiedzać i zobaczyć ładne miejsca"? W mojej (zupełnie nieskromnej) opinii to jest "gówno prawda". I o tym będzie w tym wpisie i dlaczego to takie ważne.

"Unikaj słońca"

Takie porady usłyszycie najpewniej od trenera, a dotyczyć będą one tych dni tuż przed startem (niezależnie czy to trajlon, bieg górski czy miejski, czy cokolwiek). Ma to sens - słońce męczy, odwadnia i ryje beret i potem człowiek staje na starcie zawodów zajechany.

Ale kurna, to unikanie słońca nie zawsze jest takie łatwe! Wyobraźcie sobie - lecimy do tej Walencji z Krakowa. Listopadowo - grudniowy Kraków ma to do siebie, że bywa, iż słońca nie widzimy po 2-3 tygodnie ciągiem (to nie żarty!). Zresztą - czy wiecie, że Kraków ma średnio, rocznie mniej słonecznych dni od... Oslo? No właśnie - w naszym mieście doktorzy przepisują wit.D w dawkach 8k!

Wiedząc już to wszystko, wyobraźcie sobie, że lądujecie w tej Walencji te 3 dni przed maratonem. I co, będziecie siedzieć pod dachem? Ha - to zależy (ale o tym zaraz..)!

Plaża w Walencji. Słoneczna!

No myśmy tego słońca nałapali tyle w ciągu 2-ch dni przed maratonem, że już ta zima w Krk nam niegroźna :D Oczywiście pewnym kosztem, no ale nic za darmo.

"Nie przemęczaj się"

No to jest kolejna cudowna porada, którą najpewniej Wam trener przepisze. I znów - ma rację, bo jak zaczniecie spacerować po mieście za dużo (i jeszcze w tym słońcu), to przecież na starcie zawodów to już będzie dętka bez powietrza, a nie człowiek i nogi tak napuchnięte, że nadają się jedynie na drenaż. No ale znowu - no to kiedy zwiedzać? Po maratonie? Przecież po takich zawodach to ludzie chodzą okrakiem, po schodach wchodzą tyłem (ew. bokiem, podobnie ze schodzeniem, true story!), to gdzie tam jakiekolwiek zwiedzanie?

Można oczywiście przylecieć tydzień wcześniej i jakoś to porozbijać, ale to też zależy. Ja wolę jednak scenariusz, że maraton to takie 3-4 dni i nara (mniej urlopu, taniej itd).

No i w naszym przypadku to było tak:

  1. czwartek wieczór przylot
  2. piątek to było ponad 25km z buta po mieście (odbiór pakietów i zwiedzanko); oczywiście pełna lampa i dużo fotek (i nogi w dupie)
  3. w sobotę trochę się oszczędzaliśmy i już tylko pod 18km na nogach (nogi ciągle w dupie)
  4. a w niedzielę maraton, lol xD
  5. w poniedziałek na dobitkę jeszcze dyszka na rozchodzenie (jeszcze więcej fotek)

No dobra, ale to jak to połączyć?

Nie wydaje mi się, aby istniały złote środki. Mój pomysł jest taki, że po prostu dzielę te maratony na te, w których biegnę szybko, oraz te, które są treningowo - wycieczkowe. W przypadku pierwszych jednak minimalizuję ilość dni spędzonych na takim wyjeździe i po prostu koncentracja jest na zawodach (to teoria, pamiętajcie, że ja dopiero jeden maraton przebiegłem).

W drugim przypadku jedziemy na wakacje, a bieganie jest na trzecim planie. Oczywiście, że mam jakieś tam założenia, ale to jest takie patykiem na piasku pisane.

W praktyce ta konkretna Walencja w moim przypadku była właśnie bardziej wycieczkowa. Jej celem było zaznajomienie się w ogóle z maratonami miejskimi, z tą konkretną trasą (bo tutaj planuję za 2, 3 lata robić kwalifikację na Boston) oraz upewnić się, że te maratony asfaltowe to w ogóle jest coś dla mnie.

I bardzo polecam takie podejście na początek - totalnie ZERO oczekiwań i napinki na czas czy tempo. Jak nie wiecie, w jaki sposób to zrobić, to weźcie sobie swoje "maratońśkie tempo napinkowe" i dodajcie do niego.. 20-30min. I ustawcie się w takiej strefie i po prostu zacznijcie od tego. Dodatkowym atutem takiego podejścia jest fakt, że nie zajedziecie się i po zawodach możecie nadal zwiedzać miasto (zamiast leżenia z nogami do góry i zastanawiania się, "jak ja do samolotu wejdę").

To może się wydawać trudne w czasach, gdy wszyscy naokoło Was oceniają (albo Wam się tylko wydaje, że tak jest). Ale wiecie - będą inne maratony i okazje, aby se rozjebać nogę czy plecy (uwierzcie mi, KOLEGA MI MÓWIŁ!). Na początku zdecydowanie lepiej po prostu polecieć na miarę swoich możliwości (i na wyczucie). I nie przejmować się tym, że kumpel z pracy lata po 3:15, a syn koleżanki twojej starej po 3:20. To nie ma zupełnie żadnego znaczenia! Jebać syna koleżanki twojej starej!

W moim przypadku to było tak, że przez te ostatnie tygodnie latałem dłuższe wybiegania w okolicach tempa X. I wydawałoby się, że to jest to moje docelowe tempo na maraton. Jednak biorąc pod uwagę, że a) cośtam się wydarzyło na 2 tygodnie przed maratonem, co mnie sponiewierało, b) chcieliśmy zwiedzać (i jeść lokalne, ciężkie paelle!), c) chodzić w pełnym słońcu po kilkadziesiąt km na dzień i dwa przed zawodami, to po prostu pogodziłem się, że biegnę tempo X+20s i tyle. A jak będzie ciągle za ciężko (nie było, ale paella dawała o sobie znać, a noga nie była świeża, więc i jebnięcia z łydy nie było), to najwyżej zwolnię. I wiecie co? Wyszło z tego przepiękne bieganie!

To ja po zawodach w kradzionej ceracie.

2026

Posłużę się tym następnym rokiem do wyjaśnienia w czym rzecz:

Czyli mamy tu cztery maratony:

  1. Rzym 22 marca (na razie waiting lista, ale czuję w kościach, ze się uda): tutaj plan jest taki, że zwiedzamy! Czyli - maraton taki na rozpoczęcie sezonu, a więc nawet bez zegarka - tak jak flow poniesie (ale biegowo, a nie marszobiegowo). Rzym to piękne miasto, więc warto je właśnie pozwiedzać w okolicy zawodów, a nie siadać tylko na kapuczinie na Piaza Di Roma i opowiadać potem, jak to się ten Rzym zwiedzało! A wiecie jaki jest najlepszy (wg. mnie ofc) sposób na rozpoczęcie wycieczki do Rzymu? Ukradłem go od Zbooya - lądujecie na Ciampino (lotnisko) i stamtąd macie od razu Via Appia Antica do samego centrum! 25 km z buta prosto z samolotu do miasta, bo "wszystkie drogi prowadzą do Rzymu"!
  2. Cracovia Maraton - jestem zdania, że maratony we własnym mieście należy po prostu szanować. Ale równocześnie wydaje mi się, że ten krakowski jest zjebany, bo ani trasa szybka, ani nie jest chłodno. Więc lepiej uważać z jakimikolwiek oczekiwaniami bo a) to początek sezonu dopiero i człowiek nierozbiegany porządnie, b) jak sobie tu zrobisz kuku to potem cały sezon w dupę, c) jako że to jedne z pierwszych grubszych zawodów w sezonie, to pewnie 95% twojej biegowej Stravy już odpierdala i pompuje balonik i biega naokoło Błoń po 3:30/km (a pozostałe 5% nie biega, bo se nogi rozjebała na półmaratonie Marzanny 4 tygodnie wcześniej) - więc bardzo łatwo wpaść w ten klimat i się załatwić na tym maratonie tak, że motywacja na kolejny pojawia się dopiero 4 lata później. W praktyce ja go po prostu polecę "treningowo" - bez napinki na czas, postaram się nauczyć w końcu lecieć maraton progresywnie (bo strategię biegu regresywnego opanowałem już do perfekcji; jak coś, to piszcie, to Was nauczę, potrafię to nawet na 10 km treningu zrobić, to mogę zaprezentować!)
  3. Lisbona - miesiąc po Iconie, to będzie grubo. A Lizbona śliczne miasto podobno i maraton biegnie piękną, nadmorską trasą, a potem wbija do miasta przez TEN most, a potem to nie wiem. To będzie właśnie kolejne (po Rzymie) zwiedzanie. Wylądować 2-3 dni wcześniej, odlecieć dzień później, a w międzyczasie zaliczyć co się da (dołączając w to ścianę na maratonie związaną z nogami zajechanymi zwiedzaniem). I gra? No gra! Ja to potraktuję po prostu jako "church of the long run" - w sensie, że niedziela, to długie bieganie, co nie? A czas? Jak mnie Strava wcześniej wkurwi, to nawet zegarka nie założę na ten bieg, hadzia!
  4. Florencja.
  5. ...
  6. ...
  7. Ciągle nie wiem, co z tą Florencją. Wypada, aby jeden maraton w sezonie polecieć szybko. Ale we Florencji jeszcze nie byłem, to bym pozwiedzał, a to wyklucza "szybko". Na Valencię już się nie zapiszę, bo a) skończyły mi się nerki i nie mam z czego założyć za bilet na samolot, b) ona jest tydzień po Florencji, to nawet ja bym się tak szybko nie zregenerował.

Widzicie, co tu zrobiłem? Planowanie z góry, jeszcze na pół roku czy prawie rok przed zawodami. Po to właśnie, aby się na nic nie napinać, nie budować oczekiwań i mieć spokój w głowie przez ten cały okres przygotowań (a potem w samolocie i na miejscu). Dodatkowo - w Valencii to wyglądało tak, że gdy już pozwiedzaliśmy to miasto, to potem w trakcie maratonu, lecąc przez znane już nam miejscówki, po prostu sobie je w głowie odtwarzałem (bo przecież tak szybko biegłem, że bardzo szybko znikały! xD).

Maciek, okłamałeś nas

No tak - ten post miał być o maratonie, o carbonach i czymśtam jeszcze. Ale nie jest.

Dzisiejszy flow przyniósł coś innego - jednak wydaje mi się, że bardzo istotny temat, bo to podwalina tego biegania w mojej opinii. Tyle osób przecież obserwuję, co to się borykają z "jak to pobiec" i srają się o te tempa itd i jak to poukładać z rodziną i wycieczką całą. Ja bym taką sraczkę zostawił na te jedne, istotne zawody w sezonie.

Gorzej, gdy macie w planie tylko jeden maraton w sezonie i macie napinkę na dobry czas. I jeszcze ma to miejsce zagranico. I jeszcze jedziecie tam z całą rodziną swoją (najlepiej z małymi dziećmi). Krzyż na drogę ✝️ i współczucia dla tej drugiej połowy. Serio-serio.

Bonus materiał, czyli historia kradzionej ceraty

Skończyłem zawody, przeleciałem metę, wyłączyłem Garmina i... TELEFON! Aga do mnie dzwoni i mi gratuluje! O matulu, przecież ona jeszcze swój maraton biegnie, ale specjalnie do mnie zadzwoniła z trasy, z tego kurewskiego upału 😍

Wzruszyłem się, odebrałem medal i poszedłem do cienia. Po 30 minutach siedzenia tak zmarzłem, że zdecydowałem się wyjść na słońce. To nie było takie proste, bo te 30 min na zimnym betonie to ja tak jakby leżałem, więc sztywność 200%. Wstawanie zajęło mi z 10 min kurwienia i skurczy w udach (z obydwu stron, Kinga ratuj!). Ale wstałem w końcu!

No i tak wyszedłem na wielki plac gdzieś tam dalej i widzę jego - MUREK NA PATELNI. Murek idealnej wysokości - można na nim usiąść albo się oprzeć i spokojnie sobie umrzeć na tym słońcu łapiąc udar słoneczny!

Idę więc do niego - widzenie tunelowe, Maciej-murek-Maciej-murek. Jakoś doszedłem i się o niego oparłem. "Kurna, ale zimno" (na polu upał 30 stopni!).

Patrzę przed siebie, a tam jakaś japonka leży na takim grubym cerato - kocu (albo koco - ceracie). Obok niej jakiś koleś idzie i ma to samo coś (koco - ceratę) założone na siebie. Ten koc ma nawet kaptur! Moje oczy wędrują jeszcze wyżej, a tam miła pani wolontariuszka ubiera kogoś w taki koc ceratowy z wbudowanym NRC i kapturem i rękawami. Kurka, ale wypas, zajebiste te zawody - ja też takie chce, w tym musi być MEGA ciepło!

No to odepchnąłem się od tego murka i 3 skurcze dalej jestem już przy tej miłej pani. Ona wyjmuje moją koco - ceratę z pudełka i pyta, czy mi założyć, czy wolę zwiniętą. "- Założyć!" oczywiście.

I wróciłem w tym kocu na mój murek. Tak szczerze szczęśliwy. Ciepełko...

Gdy 30 min później zrobiło się w końcu bardzo ciepło na człowieku (czyt: zagotowałem się), spojrzałem w prawo i ujrzałem kolejkę jak do odprawy w Ryanairze. Powiodłem wzrokiem wzdłuż niej i początek tej kolejki wyglądał tak, że była tam para osób sprawdzających coś na numerach startowych (tych ludzi z kolejki) i weryfikująca to z telefonem (jakąś tam apką). I gdy ktoś przeszedł tę weryfikację, to puszczali go przez żółte, metalowe bandy i ta osoba szła sobie dalej.

Dalej, czyli do miłych dwóch pań wolontariuszek, które stały przy kartonowych pudłach. Z tych pudeł wyciągały koco - ceraty z dodatkiem NRC i kaptura i rękawów i zapinane na rzepy i pytały taką osobę, czy woli założyć, czy zwinięte.

Jeszcze to chwilę obserwowałem, zanim mi w końcu styki pozwierały w głowie. NIE MAM POJĘCIA jak przeszedłem przez te bramki czy bandy. Ja tylko szedłem do murka do słońca! A TEN KOC TO ONI MI SAMI DALI!

A teraz, kilka dni później, coś mi świta w głowie, że w trakcie rejestracji na zawody, można było zakliknąć różne opcje dodatkowe. I tam zdaje się można było zamówić sobie taką (nietanią) ceratę.

Przysięgam, to nie była moja ręka...

To ta cerata. ZAJEBISTA!

Bonus materiał #2

Tylko tyle, że jeśli rozważacie Valencię, to zapisy startują już zaraz:

Mówię wam - warto!

W następnym odcinku:

HAHAHA

Ale żeby nie było, to możecie mi napisać na maila, albo w komentarzu pod spotem, albo na whatsappie, albo na Stravie, albo na Fejsbuku, albo na Instagramie, albo na Wykopie, albo na Reddicie, albo na.. no właśnie - jak napiszecie, co już teraz chcielibyście usłyszeć, to oczywiście postaram się!

Trzeci (kolejny) wpis z tej serii dostępny jest tutaj:

Maratón Valencia dla początkujących, czyli “therapy was also an option” (część 3)
Jeśli trafiłeś/aś tu z przypadku i nie czytałeś/aś jeszcze pierwszej części, to polecam się tam udać najpierw i przelecieć całą serię: Maratón Valencia dla początkujących, czyli bostońska napinka (część 1 z iluś)Tytuł może zaskakiwać, no bo przecież tyle lat już siedzę w tych sportach wytrzymałościowych i tak
Maciej Lasyk zdjęcie profilowe Maciej Lasyk
"Flat is boring" to moje motto, choć nie przeszkadza mi to klepać asfaltów od czasu do czasu. Lubię fotografować, podjeźdać (i zjeżdżać), podbiegać (ale bardziej zbiegać!) i pływać po ładnych jeziorach. Uwielbiam marszobiegi w ładnych górach <3