Maciej Lasyk zdjęcie profilowe Maciej Lasyk

Maratón Valencia dla początkujących, czyli "therapy was also an option" (część 3)

Maratón Valencia dla początkujących, czyli "therapy was also an option" (część 3)

Jeśli trafiłeś/aś tu z przypadku i nie czytałeś/aś jeszcze pierwszej części, to polecam się tam udać najpierw i przelecieć całą serię:

Maratón Valencia dla początkujących, czyli bostońska napinka (część 1 z iluś)
Tytuł może zaskakiwać, no bo przecież tyle lat już siedzę w tych sportach wytrzymałościowych i tak wiele dziwnych trajlonów czy biegów po górach wpadło, że mogłoby się wydawać, że “no Maciek, jak to, pierwszy maraton?”. No to jest dość proste - praktycznie żaden z tych wszystkich biegów czy trajlonów nie

To jest wpis o tym, jak zmieniło mi się podejście do startów i dlaczego przestałem traktować je jak sprawę życia i śmierci. I czemu to paradoksalnie pomaga w drodze do Bostonu (oczywiście - w moich oczach!).

Akurat na boku piszę artykuł na temat tegorocznej edycji Icona i powrotu na te zawody (za kilka dni go wrzucę), plus zastanawiałem się półgłosem, patrząc na listę zawodów na ten najbliższy sezon, jak to wszystko dobrze ogarnąć, żeby miało ręce i nogi i jak o tym z trenerem Piotrkiem zaplanować:

No i tak kminię tego posta na temat Icona (dla przypomnienia - zawody, na które wracam, bo mam porachunki; poprzednie ukończyłem, ale nie tak jakbym chciał - będzie o tym w poście) i zacząłem się zastanawiać, "po co ten Icon znowu?". W sensie - no nie mam ciśnienia, nie zaszedł mi jakoś za skórę aż tak mocno, no to w czym rzecz?

To mi jeszcze przypomniało dość śmieszny i popularny tekst, który widziałem na wielu maratonach - zapamiętajcie, bo będzie ważne zaraz:

I teraz kontrast - w obecnym, kończącym się sezonie, z poniższych zawodów:

..udało mi się wystartować jedynie... 2! MIUTa i maraton w Valencii. Cała reszta padła z przeróżnych powodów - jednak nie były to ani kontuzje, ani jakieś kwestie treningowe, ale te zewnętrzne, na które nie bardzo mamy wpływ. Każdorazowo byłem w stanie powiedzieć sobie "no trudno, show must go on" i tyle - no hard feelings. Pomimo tego, że w Dolomitach siedziałem i patrzyłem, jak chmura zjada szczyt Piz Boe (zawody skrócone, szczyt wyłączony; marzyłem o tych zawodach ze 3 lata), na Stralivigno patrzyłem z roweru, jak ludzie biegną (logistyka i korki nam dały popalić i zrezygnowałem z biegu na ostatnią chwilę, bo nie widziałem sensu), Grań Tatr to Covid w dzień wyjazdu na zawody, a Cracovia maraton serio już nawet nie pamiętam czemu - i to chyba jest najlepszy dowód, że mi przeszło.

Teraz polecimy w sfery filozoficzne - nie wiem, czy to będzie motywacyjne, ale będzie szczere (!oneone!).

W trakcie tych rozkmin wpadłem na (no sorry) Tima Ferrisa (no drugi raz sorry) - warto obejrzeć, bo krótkie i sensowne:

(jak nie oglądasz, to tak w skrócie: zamiast dopisywać marzenia do listy, wykreślasz rzeczy, których już nie musisz robić, żeby komuś coś udowodnić. Dodatkowo, Ferris wprowadza "having more vs wanting less"; w startach to różnica między dokładaniem sobie kolejnych zawodów/celów i presji ("więcej") a świadomym odejmowaniem: mniej startów, mniej oczekiwań, mniej "muszę". Paradoksalnie to "mniej” często daje "więcej” w praktyce - więcej spokoju i konsekwencji w treningu, a przez to większą szansę na realizację pomysłów. Ja się tylko nie zgadzam z tym "mniej startów" - ja tam wolę więcej, ale bez presji - to się jednak chyba spina, co nie (patrzę na Ciebie GPK :D)?

I to nagranie bardzo dobrze uświadomiło mi, że gdzieś na przestrzeni ostatnich lat, w naturalny sposób, ja właśnie zmieniłem podejście na dokładnie takie: zawody już mi nie ryją beretu, nie napinam się na nie, dzięki czemu dużo łatwiej mi powiedzieć "no trudno, nie tym razem", albo po prostu nie zajeżdżać się bez sensu.

Bo tym sensem nie jest już jakaś tam życiówka, ale ten tzw. "best-effort". Innymi słowy "udo się albo się nie udo". Mało motywacyjne, co nie? W praktyce:

  1. Starty A - raczej tylko jeden, wyjątkowo dwa
  2. Jak logistyka/życie siada, to trudno - nic za wszelką cenę; w KAŻDEJ takiej sytuacji da się znaleźć coś pozytywnego; jak patrzyłem na to Piz Boe, to myślałem "trudno, zawody przepadły, idę na rower (i odjebałem TAKĄ trasę, że ja pierdziu!)". W końcu byłem w sercu Dolomitów kurna! Podobnie ze Stralivigno! Przepadło, ale przecież byłem w takim miejscu, że ja pierdziu! Tyle możliwości świetnych.
  3. Treningowo to już się nauczyłem, że "no days off" ma sens, ale ciśnięcie za każdym razem, jak jest wbite tak w kalendarz już nie. Moje "no days off" znaczy, że codziennie chodzę z psami na spacer, czasem dowalam plecakiem z ciężkimi obiektywami i tyle treningu. A jak wbijam na basen na grupę śmierci, ale nie ma mocy, to po prostu siadam w nogach i wychodzę w połowie.

BIG FAT WARNING

Gdybym miał takie podejście na Norsemanie, to bym tej czarnej koszulki nigdy nie zrobił. Tam wygrywało się mocną głową i motywacją (i jebnięciem z uda i łydy) i latami doświadczenia w triathlonach. Ja tego ostatniego nie miałem (to był mój pierwszy pełny dystans :D a z jebnięciem z łydy też było dyskusyjnie).

To co chcę tu powiedzieć, to że długofalowo, podejście "bez ciśnienia" jest super. Ale czasem są projekty, gdzie po prostu warto się odpalić. W tych przypadkach ta "Reversed Bucket Lista" Tima Ferrisa wg. mnie nie ma zastosowania - bo jednak niektórych decyzji możemy żałować przez wiele lat później.

Czy to się spina z tym Iconem? Wydaje mi się, że tak - to jest kwestia ambicjonalna. Żeby nie żałować, to postaram się go dowieźć do końca. Ale jeśli nie wyjdzie, to po prostu powiem sobie "no przejebane, nie dałem rady, tak miało być" i.. nadal będę się cieszył!

Konkluzja?

W skrócie: nie chcę już, żeby zawody były "terapią" (ani testem wartości / osobowości / wpisz-swoje). Chcę, żeby były przygodą i procesem (hatfu! :D) oraz "jedynie" próbą. A jak raz na jakiś czas trzeba się odpalić to bardzo OK, tylko tym razem bardzo świadomie i bardzo rzadko.

I to jest moja droga do Bostonu, ha!

A no i bankowo w następnym odcinku będzie mniej filozofowania, a więcej konkretów ;)

PS: dziś bez bonus materiału, bo i tak przydługo wyszło!

Czwarty (kolejny) wpis z tej serii dostępny jest tutaj:

Maratón Valencia dla początkujących, czyli w końcu relacja! (część 4)
Napisałem ten post, aby dać wam możliwość przeniesienia się na kilkadziesiąt minut do grudniowego, maratońskiego serca Europy. Nie jest to jednak typowy przewodnik czy relacja - raczej taki mix, z nastawieniem na czytelnika, który rozważa przebiegnięcie maratonu, ale ciągle się waha. Mam nadzieję, że ten wpis kogoś zmotywuje poprzez przedstawienie,
Maciej Lasyk zdjęcie profilowe Maciej Lasyk
"Flat is boring" to moje motto, choć nie przeszkadza mi to klepać asfaltów od czasu do czasu. Lubię fotografować, podjeźdać (i zjeżdżać), podbiegać (ale bardziej zbiegać!) i pływać po ładnych jeziorach. Uwielbiam marszobiegi w ładnych górach <3